sobota
| 21 kwietnia 2018
 

Wiceminister zdrowia odszedł z resortu, bo... za mało zarabiał. I słusznie!

Redakcja: | 08 lutego 2017

Dostawałem wynagrodzenie nieprzekraczające 7 tys. zł. Osoby z moim wykształceniem i doświadczeniem to nie satysfakcjonuje – przyznał na łamach branżowego pisma "Menedżer Zdrowia" były już wiceminister Piotr Warczyński. I ma w tym całkowitą rację.

Warczyński nie jest człowiekiem przypadkowym – z Ministerstwa Zdrowia odszedł po 17 latach! Ukończył nie tylko studia medyczne, lecz także imponującą liczbę studiów podyplomowych. Najpierw pracował jako urzędnik, a dopiero później, w rządzie Donalda Tuska, został podsekretarzem stanu. "Przeżył" 14 szefów swojego resortu, co w tak trudnym i brutalnym politycznym świecie z pewnością dobrze świadczy o jego kompetencjach.

Nie da się tworzyć dobrego państwa, opartego o solidne podstawy, kiedy pensja najważniejszych osób w resorcie jest na poziomie tej  otrzymywanej przez menedżera średniego szczebla w korporacji. Nie da się przyciągnąć do administracji publicznej zdolnych, wartościowych i sprawnych w działaniu ludzi, oferując im pensje tego rzędu. A należy pamiętać, że wiceministrowie to zazwyczaj specjaliści (wykonujący ciężką i żmudną pracę), a nie politycy. Kto żyw, a nie jest posłem, ucieka więc do dużego biznesu lub nawet "zwykłej" pracy zarobkowej.

Mniejszy problem jest w ministerstwach "miękkich". Co jednak ma zrobić Anna Streżyńska, która szukała przez długi czas specjalisty ds. cyberbezpieczeństwa kraju, a któremu mogła zaoferować miesięczne zarobki na poziomie 10 tysięcy złotych? Tymczasem dobry programista lub menedżer zarabia około 5–6 razy tyle! Co prawda wpisanie sobie do CV stanowiska "podsekretarz stanu" brzmi prestiżowo, jednak prestiżem nie da się zarobić na chleb.

Wszystko przez to, że płace pracowników administracji publicznej zamrożono po kryzysie. Cała gospodarka szła do przodu, pensje rosły wszystkim, poza urzędnikami państwowymi. I taką sytuację mamy do dziś.

Oczywiście można się oburzać na słowa Elżbiety Bieńkowskiej, która stwierdziła, że za "sześć tysięcy pracuje idiota albo złodziej". Ale gdyby zagłębić się w sens tych słów, to faktycznie można zadać sobie pytanie, kto normalny idzie pracować do resortu, mogąc w sektorze prywatnym zarabiać na swoich kompetencjach kilka razy więcej? Może prawdziwy ideowiec? A może ten, który w forsowaniu pewnych regulacji widzi szansę na swój interes i dodatkowe pieniądze?

Legendarne stało się już hasło "państwo ma być tanie, ale nie dziadowskie". Wydawało się, że punktem zwrotnym, z którego wreszcie wyciągniemy wnioski, będzie katastrofa w Smoleńsku. Tymczasem minęło 7 lat, a my nadal widzimy, że "na słowo honoru" (a więc stare opony w prezydenckiej limuzynie czy brak specjalistów) da się żyć tylko przez pewien czas. Kiedy limit szczęścia się wyczerpuje, zderzenie z rzeczywistością jest bardzo bolesne.

Problem jednak w tym, że decyzja o podwyżkach byłaby bardzo niepopularna wśród społeczeństwa. Dlatego do tej pory nikt się tego nie podjął. Jeśli my nie zaakceptujemy wzmocnienia i usprawnienia państwa, nie damy zielonego światła, to obudzimy się z ręką w nocniku. I być może ockniemy się dopiero poruszeni kolejną olbrzymią tragedią, spowodowaną przez brak kompetencji wynikający z czynionych na każdym kroku oszczędności.

Bartłomiej Orzeł

Fot. Richard Grandmorin/flickr.com

 

Zobacz więcej z kategorii: Polska | Świat | Gospodarka | Opinie | Bez komentarza | Po godzinach | wSensie.tv
wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Ta strona wykorzystuje do swojego działania pliki Cookies. Możesz je zablokować w ustawieniach swojej przeglądarki. Blokada może spowodować niepoprawne działanie strony lub brak dostępu do niektórych jej funkcji. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij