środa
| 25 kwietnia 2018
 

MaBeNa się zacięła

Redakcja: | 11 lutego 2018
Zybertowicz

Uruchomienie postulowanej przed paroma tygodniami przez prof. Andrzeja Zybertowicza "maszyny bezpieczeństwa narracyjnego kraju" można porównać do marnego kapiszona, który narobił trochę smrodu i hałasu, ale w najmniejszym stopniu nie przestraszył nikogo. Szkoda, że dobre intencje po raz kolejny w polskiej historii przeobraziły się w klasyczne wishful thinking, a polska racja stanu – w żenadę. Szkoda, że być może to dopiero pierwszy akt tego pięknego samobójstwa.

Ustalmy fakty. Przez niespełna pięć dekad od zakończenia drugiej wojny światowej Polacy nie mieli żadnych narzędzi do obrony przed lansowanymi w świecie zachodnim narracjami historycznymi. W tym czasie powstało państwo Izrael, które od procesu Eichmanna jako podwalinę swojej niepodległości traktuje dramatyczne doświadczenia z czasów zagłady i które strachem przed powtórnym Holocaustem usprawiedliwia wszystkie nieprzyjazne działania wobec Palestyńczyków. Wpływy Jerozolimy sięgają najpotężniejszego państwa świata, gdzie nauka o II wojnie światowej w szkołach sprowadza się do historii zagłady Żydów i kilku amerykańskich wyjątków jak Pearl Harbour, czy D-Day.

Po upadku komunizmu polska dyplomacja pochłonięta była normalizacją stosunków z nowo powstałymi (lub "odtworzonymi") sąsiadami i wciąganiem Polski do NATO i Unii Europejskiej. Jaką rolę odegrała w tym postkomuna, a jaką "niezłomni"? To pytanie odłóżmy ad acta. Dywagacje o tym, czy słowa "polskie obozy" są wynikiem głupoty, złego tłumaczenia lub może świadomej chęci zaszkodzenia Polsce, nie mają większego sensu. Takie słowa nie powinny padać i kropka. Głupota nie może usprawiedliwiać tak okrutnych i nieprawdziwych sądów. A jeżeli tłumaczenie jest złe, to jego autor musi za to ponieść konsekwencje. Walka ze szkalowaniem zaczęła się właściwie od czasu, gdy Kazimierz Michał Ujazdowski pełnił funkcję ministra kultury i doprowadził do zmiany nazwy obozu Auschwitz-Birkenau, umieszczając w niej właściwego sprawcę maszyny zagłady. Radek Sikorski postawił na wysyłanie zagranicznym dziennikarzom książek historycznych. Skutek tej akcji był raczej znikomy, ale faktem jest, że fatalny błąd, który popełnił Barack Obama, mówiąc o "polskich obozach śmierci" w maju 2012 roku, nie uszedł mu na sucho i musiał przeprosić.

Godność narodowa i pamięć o bestialsko pomordowanych sprawiły, że w tej kadencji Sejm wreszcie nazwał rzeź wołyńską ludobójstwem. To wielki przełom, który wymagał od rządzących odwagi, gdyż konsekwencje w postaci odwetowej propagandy na Ukrainie były do przewidzenia. Obok bieżącej politycznej wojny "polskich" i "prawdziwie polskich" plemion konsekwentnie wysyłane są sygnały (oficjalnie z trzecich-czwartych rzędów), że suwerenna Polska jest zainteresowana rozmową z Niemcami o reparacjach. Wszystkie te działania w obszarze rozliczania przeszłości i strzepywania z siebie brudów, które nie są naszą sprawką, toczą się jednak bez większego uporządkowania i strategii, a w dodatku utrudniane są przez kilku kretynów świętujących urodziny Hitlera i niosących na sztandarach "białą ojczyznę".

Nowelizacja ustawy o IPN mogła być świetną inauguracją Zybertowiczowskiej MaBeNy. Tyle tylko, że zabrano się za nią niechlujnie i z zacietrzewieniem godnym dużo większych spraw. Po pierwsze, nie doceniono zagranicy. Każdy średnio zorientowany w specyfice współczesnego Bliskiego Wschodu wie, że premier Netanjahu toczy w Izraelu zaciętą walkę polityczną, a przypisywanie mu umiarkowanych poglądów i otwarcia na debatę o penalizacji kłamstw dotyczących zagłady Żydów jest gigantycznym nieporozumieniem. Nasz największy sojusznik zza oceanu w obecnym klimacie politycznym nie ma ochoty na jakiekolwiek poddawanie w wątpliwość polityki Jerozolimy i murem stoi za wszystkimi działaniami Netanjahu. Polska i tak jest w dosyć niezręcznej sytuacji, bo o ile istnienie silnego państwa Izrael ze stolicą w Jerozolimie uzasadnione jest dynamiką dziejową i dobrze pojmowanym interesem Zachodu, o tyle wśród naszych unijnych partnerów dominuje raczej wsparcie dla rządzonej przez terrorystów Palestyny, które można spokojnie nazwać antysemityzmem. Po drugie, pozwolono sobie na żenujący zamęt w obozie władzy. Przypomnijmy, że MSZ krytycznie odniosło się do projektu tej ustawy. Przypomnijmy również, że senator Anna Maria Anders najpierw nawoływała Senat do refleksji, aby potem sprzeniewierzyć się swojemu wystąpieniu i wiernie zagłosować za ustawą. Szczytem absurdu, było jednak uzasadnianie ustawy chęcią zwalczania słów, które w samych przepisach ustawy nawet nie są wymienione.

Dlaczego zatem MaBeNa miała w ogóle szansę dobrze się zaprezentować? Bo nowelizacja ta bierze pod opieką także ofiary ukraińskich nacjonalistów, które były pochodzenia … żydowskiego! W tym punkcie polski ustawodawca wręcz wzmacnia żydowską martyrologię. Dlaczego zatem nie można było wypromować tych właśnie regulacji jeszcze przed uchwalaniem ostatecznego kształtu ustawy? Można było także otwarcie przyznać, że tak ogólne przepisy ustawy są polską odpowiedzią na przyjętą w grudniu ubiegłego roku przez kongres USA ustawę Justice for Uncompensated Survivors Today, która daje Departamentowi Stanu prawo do wspierania organizacji międzynarodowych zrzeszających ofiary Holocaustu i do pomagania kanałami dyplomatycznymi w odzyskaniu żydowskich majątków, których właściciele nie pozostawili spadkobierców. Polska w takiej sytuacji po prostu musi się zabezpieczać. Nowelizacja ta była także idealną okazją do nazwania i odcięcia się od zbrodni popełnionych tuż po zakończeniu II wojny światowej przez niesuwerenne państwo polskie, jakim była PRL. Chodzi o akcję "Wisła", której jednoznaczne potępienie, w ślad za dotychczas jedną uchwałą Senatu RP, byłoby naszym mądrym krokiem na drodze do uspokojenia relacji z Ukrainą i przekonywania naszych sąsiadów do rozliczenia się z mroczną przeszłością UPA.

Czy po tym słabym starcie mamy szansę na triumfy w budowaniu wizerunku Polski? Tylko, jeśli polscy politycy pójdą po rozum do głowy. W obecnej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na prezydenckie weto, bo oznaczałoby ono, że o polskim prawie decydują Amerykanie i Izrael. To by była wizerunkowa tragedia. Niemniej od razu po prezydenckim podpisie powinna powstać kolejna nowela, która nie będzie narzucała konieczności definiowania Narodu Polskiego przez organy ścigania. Ponadto Sejm powinien na chwilę obecną zapomnieć o procedowaniu nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, która uderza w polską produkcję mięsa koszernego na eksport. Tylko rozsądek, a nie hurra-patriotyczne dyrdymały może nam pomóc.

 

wSensie.pl/Michał Jerzy Kowalczuk/Fot. Twitter Michał Przybysz


Zobacz więcej z kategorii: Polska | Świat | Gospodarka | Opinie | Bez komentarza | Po godzinach | wSensie.tv
wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Ta strona wykorzystuje do swojego działania pliki Cookies. Możesz je zablokować w ustawieniach swojej przeglądarki. Blokada może spowodować niepoprawne działanie strony lub brak dostępu do niektórych jej funkcji. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij