czwartek
| 18 kwietnia 2019

Mało kto wie, albo pamięta, że jeszcze trzy pokolenia temu karp wcale nie był głównym gościem wigilijnego stołu. I słusznie, bo to rybi chwast, mięso tłuste, w smaku raczej średnie, poprzerastane i często jadące mułem. Nie to, co szczupak, okoń, czy sandacz (zwłaszcza ten ostatni, który przez wieki od ery staropolskiej królował na szlacheckich i mieszczańskich ucztach). Jak więc tłusty, średnio smaczny karp stał się królem polskich stołów?

Jednak wbrew temu, co próbują nam od lat wcisnąć marketingowcy, a wcześniej komunistyczni manipulanci medialni, karp na wigilijnym stole jest wynalazkiem stosunkowo młodym. Otóż cała tradycja jest bardzo krótka i wiąże się z okresem planowanej gospodarki i nieplanowanych w niej niedoborów w okresie PRL, zwłaszcza jego początkach. Polska wyszła z II wojny światowej strasznie zniszczona i zubożona dwukrotnym przejściem frontu i prawie sześcioletnią niemiecką, grabieżczą okupacją, a przecież należy pamiętać, że i II RP była państwem biednym, a nie mlekiem i miodem płynącym. Od kiedy w Polsce jada się karpia na Wigilię?

W szczycie tak zwanej gorączki przedświątecznej zewsząd atakują nas świąteczne reklamy z barszczem, choinką i karpiem, który jest niemalże symbolem Gwiazdki. Tymczasem, ten dzisiejszy, niezaprzeczalny władca wigilijnych stołów w Polsce, jakim jest karp królewski, to hodowlana odmiana wyhodowana dopiero w XIX wieku. A w Polsce rozpowszechniła się w skali masowej dopiero po II wojnie światowej. Grube, panierowanie dzwonki z karpia i smażenie go, przeważnie w głębokim tłuszczu, to moda powojenna. Otóż 1 grudnia 1944 roku tekę ministra gospodarki objął ekonomista i zaangażowany działacz PPR, członek KC PZPR Hilary Minc. Nowa władza oprócz skrajnego, stalinowskiego zamordyzmu i obowiązkowych kontyngentów rolnych (takich samych, jak za Niemca) musiała coś społeczeństwu rzucić. Jakiś ochłap, którego można by później wykorzystać jako narzędzie propagandy, sukcesu i odbudowy PRL-u. Padło na poczciwe karpie. Zdaniem szyderców i żartownisiów, po części dlatego, że był on najbliższy podniebieniu stalinowskiej wierchuszki wiadomego pochodzenia etnicznego. Jednak ten żart był wyceniany przez stalinowskich prokuratorów i sędziów od 2 do 5 lat odsiadki. Poza tym karp miał same zalety z punktu widzenia ówczesnej władzy. Hoduje się go stosunkowo łatwo i na każdym byle g… paszowym, nie wymaga floty kutrów do połowu, jak to jest w przypadku ryb morskich i zwyczajnie jest niedrogi. Walory smakowe tej ryby dla PRL-owskiej władzy były drugorzędne, ponieważ klasa robotnicza spożywała wszystko, co najlepsze ustami swoich przedstawicieli. W tym także kawior, jesiotry, pstrągi, czy sandacze. Oczywiście wśród elit, z wiadomych względów, królowały dania kuchni żydowskiej.

Prawdą jest, że w ówczesnych realiach gospodarczych niemożliwe było dostarczenie na polskie stoły różnorodnych ryb. Zwłaszcza, że po pierwsze – zaopatrzenie ludzi w cokolwiek poza minimum do przetrwania nie było (w przeciwieństwie do rozbudowy przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego) priorytetem władzy. A po drugie – handel mocno upaństwowiono. To właśnie ten sam minister Minc doprowadził do "wojny o handel", czyli próby wykończenia wszelkich podmiotów prywatnych i wyeliminowania ich za pomocą sklepów państwowych, na wzór Związku Radzieckiego. Na szczęście opór społeczny był zbyt wielki, bo pachniało to powszechnym głodem, zamiast powojennego niedojadania. A czarny rynek reagował na potrzeby społeczne, dostarczając wszystko, czego potrzebowali ludzie, ale oczywiście za wielokrotnie wyższe ceny.

Rozprowadzaniem polskich połowów morskich i lądowych zajmowały się Sklepy Zjednoczenia Przedsiębiorstw "Centrala rybna". Jednak z wiadomych względów w wyniszczonym wojną i okupacją kraju nie mogły przed świętami zapewnić Polakom tradycyjnego, przedwojennego wyboru. W warunkach ciągłej odbudowy kraju i rozbudowy branż powiązanych ze zbrojeniami, trzeba było jakoś przykryć te ciągłe niedobory. Dlatego zaczęto wszem i wobec informować, że znów udało się pomimo rozlicznych trudności władzy ludowej dowieźć karpia na święta. Dlatego ta średnio smaczna ryba była najpopularniejszym rybnym bohaterem Polskiej Kroniki Filmowej. I to od lat czterdziestych do… osiemdziesiątych. Dodajmy do tego, że zamiast premii w wielu zakładach pracy na Święta robotnicy i robotnice także… dostawali karpia. Co więcej, ludzie cieszyli się, że będzie przynajmniej on na talerzu. A że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, to stanowi on dzisiaj ponad połowę wszystkich odławianych w Polsce ryb słodkowodnych, chociaż dzisiaj już "bidy ni ma".

Tak więc, jeśli obecna władza chciałaby, żeby dekomunizacja była kompletna, to powinien być jej poddany także świąteczny karp. Ponieważ przebija przez niego dyskretny zapach komuny, a w zasadzie żydokomuny.

Fot. Marcin Kozera

Opublikował:
Michał Miłosz
Author: Michał Miłosz
O Autorze
Absolwent historii i filologii polskiej na UŁ, podyplomowych studiów ekonomicznych dla dziennikarzy na INE PAN oraz kursu MON dla korespondentów w rejonach działania Polskich Kontyngentów Wojskowych.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.