środa
| 13 listopada 2019

Ustawą próbowano znieść różne rzeczy: bezrobocie, ubóstwo, ostatnio nawet opóźnienia pociągów. Teraz lista wydłużyła się o kolejną pozycję – wycieczki szkolne. A konkretniej o miejsca, w których dzieci i młodzież regenerują siły po całym dnu wrażeń i atrakcji.

Szlachetne zdrowie…

Mówi się, że zdrowia nie można kupić. Cóż, jeżeli mamy na myśli zdrowie kupowane za pieniądze ze składek na NFZ, to tak. Jednak jeżeli dysponujemy odpowiednio pokaźnym majątkiem, to damy radę samemu sfinansować sobie większość (nawet tych niezwykle drogich) operacji i zabiegów. Niestety, większość z nas jest zdana na łaskę i niełaskę Ministerstwa Zdrowia, które decyduje m.in. o tym, jakie zabiegi czy leki będą refundowane.

To niezwykle ciężka praca - decydowanie o życiu i śmierci dziesiątek tysięcy Polaków. Dlatego tamtejsi urzędnicy muszą znaleźć sobie jakąś rozrywkę. I tak wymyślają coraz to bardziej absurdalne przepisy. Jednym z nich postanowili się nawet podzielić z opinią publiczną.

McDonald's do zamknięcia… dla szkół

Ministerstwo Zdrowia wystąpiło z pismem do Ministerstwa Edukacji Narodowej w niezwykle pilnej i istotnej sprawie – "wycieczek" szkolnych do McDonald's. Każdy, kto ma nie więcej niż 30 lat, pamięta, jak to było za dzieciaka. Każde klasowe wyjście do kina, teatru czy dłuższe zwiedzanie innego miasta miały jeden wspólny punkt – posiłek w tzw. "maku".

McDonald's gwarantował - i nadal to robi - stosunkowo niską cenę, szybką obsługę i taką samą jakość w każdym punkcie. Nie ma znaczenia, czy idziemy do McDonald's w Gdańsku, Krakowie czy na autostradzie A2 – wszędzie otrzymamy ten sam produkt. Daleki jestem od wychwalania jedzenia typu fast food, jednak kto nigdy nie jadł w MD, niech pierwszy rzuci kamień.

Zwłaszcza, że ciężko o lepsze miejsce do nakarmienia trzydziestu głodnych 10-letnich brzuszków, niż właśnie tego typu lokal. Pizzeria? Za mało miejsca. Restauracja? Za droga. Kebab? Równie zdrowy, co Big Mac. No i nie zapominajmy, że mówimy o dzieciach w wieku szkolnym. Spróbujcie przekonać jednego 8-latka, by zjadł sałatkę z koperku, pekinki, pomidora i ogórka (tak, wyolbrzymiam na potrzeby tekstu). A teraz pomnóżcie ten problem przez 30 dzieci. Jaś nie je niczego, co jest zielone. Ania ma uczulenie na nabiał, Krzysiek nienawidzi pomidorów, zaś rodzice Kasi mówią, że może jeść to, na co ma ochotę i ona chce Wieś Maca.

No dobrze. Więc co jest nie tak z tym całym McDonald's? O odpowiedź trzeba zapytać urzędników resortu zdrowia, którzy wywołani do tablicy, tłumaczą, o co chodzi. Ich zdaniem "produkty typu fast food, a także wyjścia do barów szybkiej obsługi nie mogą stanowić formy nagrody dla dziecka i towarzyszyć celebracji wspólnych uroczystości". Tak, to nie żart. Ministerstwo uważa, że posiłek w McDonald's, to "forma nagrody". Cóż, jeżeli dla mądrych głów w Warszawie naszpikowana chemią kanapka mięsopodobna to nagroda, aż strach myśleć, co może być karą.

Bądźmy fit!

Cel, jaki stawiają sobie urzędnicy, jest oczywiście słuszny – zdrowie najmłodszych. Niestety, środki, które chcą zaangażować, są kompletnie nieskuteczne. Zacznijmy od tego, ile razy dziecko w ciągu roku szkolnego wybierze się z klasą do tego złego McDonalda. Podejrzewam, że nie więcej niż 3-4. Wpływ na zdrowie jest zaś żaden, bowiem fast food raz na 2-3 miesiące zupełnie nie szkodzi. Podobnie, jak alkohol czy czekolada – w myśl zasady, że wszystko jest dla ludzi.

Ministerstwo zasygnalizowało poważny problem, jakim jest nadwaga i niewłaściwe odżywianie, nie tylko wśród dzieci (22 proc. dzieci i młodzieży w wieku 9–18 lat zmaga się z nadwagą lub otyłością). Jednak zakaz odwiedzin McDonald's nie sprawi, że nagle wszyscy będziemy mieli perfekcyjny wskaźnik BMI, zminimalizujemy ryzyko zachorowania na cukrzycę i miażdżycę oraz wyrzeźbimy sylwetkę niczym Cristiano Ronaldo. To tylko zabieg marketingowy, mający pokazać ludziom, że rząd stara się walczyć ze złymi nawykami.

Nie proszę Państwa, nie stara się. Gdyby rząd rzeczywiście chciał zmienić podejście Polaków do kwestii odżywiania, zrobiłby coś zupełnie innego. Mógłby np.: obniżyć podatki na wszelką zdrową żywność, położyć większy nacisk na edukację prozdrowotną w szkołach oraz wdrożyć merytoryczną kampanię skierowaną do dorosłych. Nie oszukujmy się, jeżeli mama/tata nie nauczy dziecka, by wybierało zdrowe i pełnowartościowe posiłki, to nikt tego nie zrobi. To właśnie rodzice w największym stopniu odpowiadają za to, co jedzą ich pociechy. Niestety, wielu z nich niezbyt się przejmuje, czy dziecko zjadło i co ważniejsze, co zjadło. "Masz tu kochanie 5 złotych i kup coś sobie". A co kupi dziecko? Bułkę z szynką, serem i pomidorem czy paczkę chipsów i żelki? Praca u podstaw i edukacja leżą i wychowują nam kolejne pokolenia przewlekle chorych grubasków.

Fot. Agnieszka Radzik/ Frederic BISSON CC BY 2.0, Flickr

Opublikował:
Cezary Bronszkowski
Author: Cezary Bronszkowski
O Autorze
Z wykształcenia – magister dziennikarz, z pasji – komentator, krytykant. Liberał z kropelką konserwatyzmu. Kibic Bayernu Monachium.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.