piątek
| 19 lipca 2019

W jednej ze stacji radiowych zaproszona do studia kobieta kilkukrotnie podkreśliła, że bardzo ważne jest, by Polacy w zbliżających się wyborach do Parlamentu Europejskiego gremialnie poszli do urn i dzięki czemu byłaby wysoka frekwencja. Podobne stanowisko wyraża cały szereg polityków czy publicystów, a także prezydent Andrzej Duda, który stwierdził w swoim orędziu, że "wysoka frekwencja będzie potwierdzeniem wysokiej jakości polskiej demokracji". Ja jestem dokładnie przeciwnego zdania. Tym bardziej że wysoka frekwencja w sytuacji nieprzemyślanych decyzji wyborczych ma negatywne sprzężenie zwrotne.

Jaki jest sens, by ktoś, kto nie interesuje się polityką, nie ma zielonego pojęcia o polityce, gospodarce, procesach zachodzących w Polsce i w Unii Europejskiej zagłosował w eurowyborach? Dlaczego i po co wywoływana jest presja na takie osoby? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale pewne jest, że tacy ludzie po prostu zagłosują w sposób bezmyślny. Bez analizy kandydatów i ich programów wyborczych. W rezultacie nie poprą inteligentnych kandydatów z sensownymi programami wyborczymi, a znane twarze i nazwiska, które najczęściej pojawiają się w telewizorni, nawet jeśli plotą androny. Ktoś ewentualnie może zagłosować, bo zobaczył daną twarz na plakacie, z którego nic więcej o kandydacie nie można się dowiedzieć.

"Cóż wiemy o tych buźkach poza tym, że zajmują któreś miejsce na liście któregoś z komitetów?"

– słusznie pyta Stanisław Pisarek, przedsiębiorca i były radny z Czeladzi (woj. śląskie). 

"Ćwierć wieku temu w Ligocie [dzielnica Katowic – przyp. TC] przerżnąłem wybory do zera z panienką co błysnęła biustem. Kogo to intarara, że gazetę tam robiłem?"

– napisał na Facebooku jeden internautów.

Może właśnie o to chodzi, abyśmy niewiele wiedzieli o kandydatach i ciągle wybierali tych samych? I właśnie dlatego blokowany jest dostęp w szczególności do mediów publicznych dla polityków Konfederacji, bo kandydaci z tej opcji politycznej mogą zagrozić władzy partii rządzącej albo mogą się stać języczkiem u wagi i wtedy w znacznej mierze byłby realizowany program Konfederacji, a nie program PiS.

Eksperyment Sośnierza

W przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego sprawa jest szczególnie absurdalna, bo ile osób wie, jak wygląda proces legislacyjny w Unii Europejskiej? Ilu głosujących ma pojęcie o frakcjach tworzonych w PE i kompetencjach tego gremium? Ci, którzy bardziej interesują się polityką, z trudem potrafią wymienić nazwiska choćby i 10 proc. polskich europosłów. Ci, którzy się mniej interesują, nie potrafią wskazać nawet jednego. Pięknym obrazem tej sytuacji był sondaż uliczny przeprowadzony przez eurodeputowanego Dobromira Sośnierza, który sam chodził z mikrofonem i kamerą i pytał przechodniów, czy znają nazwisko jakiegoś polskiego europosła. Cała groteska tej sytuacji polegała na tym, że pytania zadawał człowiek mający mandat PE i zdecydowana większość ankietowanych nie zorientowała się, na czym polega przeprowadzany na nich eksperyment. Czy ci ludzie powinni głosować w kolejnych eurowyborach? Proszę wybaczyć.

Dlatego optymalna sytuacja nie jest wtedy, gdy wszyscy pójdą do urn wyborczych, "by potwierdzić wysoką jakość polskiej demokracji", ale wtedy, gdy wszyscy głosujący wybiorą kandydata w sposób przemyślany, po wcześniejszych głębokich analizach merytorycznych, po uprzednim zapoznaniu się ze ścieżką życiową i zawodową danej osoby. Ilu wyborców na to stać? Ilu wyborców tak robi? Myślę, że niewielu. Dlatego też niewielu powinno brać udział w wyborach, a pani, która była radiowym gościem, po prostu mówi głupoty i nie zależy jej na przyszłości kraju.

Test dla kandydata

Uważam, że warto by się zastanowić nad jeszcze jedną kwestią – jak podnieść poziom merytoryczny samych kandydatów w wyborach i to nie tylko tych europarlamentarnych, ale również samorządowych i do parlamentów krajowych. Warty co najmniej przemyślenia jest pomysł Pisarka, by każdy z kandydatów we wszystkich wyborach nie tylko informował na swoich plakatach wyborczych, jak ma na nazwisko, ale także podawał podstawowe dane na swój temat, a przede wszystkim, przechodził swoistego rodzaju test, z którego można by dowiedzieć się czegoś więcej na temat jego wiedzy i kompetencji.

"Jaki dana twarz ma iloraz inteligencji? Jaką osobowość? Jaką wiedzę dotyczącą funkcji, o którą się ubiega? Jaki i jak zna język obcy? Co osiągnął w życiu? Jaki jest jego poziom wiedzy ekonomicznej? Jaki jest jego status rodzinny? Jaki stan zdrowia? Itd."

– Pisarek wymienia przykładowe zagadnienia.

Jego zdaniem "kandydaci powinni być przeegzaminowani, a wyniki i podstawowe informacje o nich powinny znaleźć się na liście do głosowania i w materiałach wyborczych".

"Cóż mi po kandydacie z nawet pierwszego miejsca jakiejś partii, jeśli ma inteligencję na poziomie idioty, nie wie, co to jest VAT i jakie są jego stawki, nie zna języka obcego?"

– pyta Pisarek.

Nie chodzi o to, by kandydata, który źle przeszedł test, eliminować z walki wyborczej i nie dopuszczać go do list wyborczych. Niech będzie na liście, ale przy jego nazwisku powinna się pojawić cała ta wiedza o wynikach jego testu. Z pewnością i tak w 100 proc. nie uchroniłoby nas to przed zwycięstwami wyborczymi idiotów. Jednak wydaje się, że samo wprowadzenie takich dobrowolnych testów znacznie poprawiłoby sytuację. Wyborca mógłby przestać mieć zaufanie do kandydata, który nie odważył się na zrobienie takiego testu. Od razu pojawiłyby się wątpliwości, czy nie ma czegoś do ukrycia. Z drugiej strony, wyniki takiego testu odebrałyby części kandydatów pewność siebie i sami zrezygnowaliby z kandydowania. Jednak można się domyślać, że zaraz zostałoby wszczęte wielkie larum ze strony słabszych kandydatów czy polityków, którzy są u władzy, że to być może nie jest demokratyczne. No ale chcemy, żeby nami rządzili zdroworozsądkowi ludzie czy jednak nie? No i wtedy pani, która wystąpiła w radiu, mogłaby namawiać wyborców do uczestniczenia w wyborach, ale dopiero po zapoznaniu się z wynikami testu kandydatów.

Fot. Marcin Hernik/ Fot. European Parliament, CC BY-NC-ND 2.0, © European Union 2017 - European Parliament

Opublikował:
Tomasz Cukiernik
Author: Tomasz Cukiernik
O Autorze
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i komentator gospodarczy, a z zamiłowania – podróżnik. Autor trzech książek (m.in. „Dziesięć lat w Unii” i „Socjalizm według Unii”) oraz około tysiąca artykułów opublikowanych w polskiej prasie i Internecie.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.