poniedziałek
| 16 września 2019

Jureczka znasz, każdy go zna. A znasz siostrę Michaelę, która prowadzi hospicjum w Wilnie, a wcześniej prowadziła w Gorzowie? Jeździ po miastach i dosłownie ŻEBRZE o datki na utrzymanie jej hospicjum. Poświęca całe życie misji pomagania najbardziej potrzebującym. Dzięki jej staraniom wiele osób umiera godnie, pod czułą opieką, zamiast – przepraszam za wyrażenie – zdychać. Jak sama wyznaje, przestała liczyć osoby, które umarły na jej rękach, gdy licznik przekroczył 4 tysiące od tamtej pory pomogła po ludzku przejść na drugą stronę kolejnym kilkunastu tysiącom. Ale jest niemal anonimowa, prawie nikt jej nie zna, w mediach właściwie nic się o jej misji nie mówi, tak jakby spełniała jakiś obowiązek i "nie robiła łachy". Jej celem nie jest rozgłos, wywieranie politycznych wpływów i robienie z dobroczynności biznesu na którym można sobie "pożyć jak panisko", tylko faktyczna pomoc tym, którzy jej potrzebują.

Siostra opowiedziała historię swojej gorzowskiej podopiecznej, Marleny, która dogorywała pod jej opieką, chora na raka. Młoda dziewczyna, przed chorobą planowała ślub ze swoim narzeczonym. W hospicjum jak to w hospicjach zazwyczaj bywa jej stan zdrowia wciąż się pogarszał, a lekarze zakwalifikowali status jej choroby jako nieuleczalny. Narzeczony codziennie po pracy przychodził do swojej ukochanej. Przy ładnej pogodzie wywoził jej łóżko do ogrodu, żeby mogła w tych ostatnich tygodniach życia przynajmniej podziwiać przyrodę i piękno świata. Któregoś razu zakonnica niechcący podsłuchała ich rozmowę. Młody mężczyzna zaczął namawiać umierającą miłość swojego życia, żeby wzięli ślub mimo wszystko. Odwodziła go od tego pomysłu i próbowała wytłumaczyć, że to nie ma żadnego sensu, skoro jest umierająca. Ale on nie składał jej tej propozycji z grzeczności, tylko faktycznie chciał, żeby umarła jako jego żona. Po dłuższych namowach, dała się przekonać do tego pomysłu. Wszystko zorganizowano w krótkim czasie, odbyła się w hospicjum msza (bo Marlena już nie mogła chodzić, a i mówienie sprawiało jej coraz większe trudności). A jak msza, to i wesele. Siostra opowiada, że do końca życia nie zapomni momentu, w którym z włączonego radia poleciał utwór Anny Jantar, i słowa... "Nic nie może przecież wiecznie trwać". Pan młody wziął żonę na ręce i tańczył z nią w rytm tej piosenki. Ludzie płakali ze wzruszenia. Jaki jest morał tej historii? Marlena zmarła w ramionach kochającego męża, spokojna i szczęśliwa? Cóż, kiedyś umrze na pewno. Ale ta historia ma zupełnie inne zakończenie. Marlena wkrótce po tym ślubie zaczęła czuć się coraz lepiej. A wraz z lepszym samopoczuciem, zaczęły poprawiać się jej wyniki. Po kilku lub kilkunastu miesiącach, lekarzom nie pozostało nic innego, jak zamiast standardowej formułki: "zgon nastąpił o godzinie...", wypisać inną formułkę. "Pacjentkę wypisano dnia...". A później siostra Michaela spotkała ją na mieście. Całą, zdrową, pełną życia, tryskającą szczęściem. Małżeństwo, które miało przetrwać nie więcej niż kilka tygodni, doczekało się dzieci, i nic nie stoi na przeszkodzie, by doczekało się wnuków. Zakonnica jest przekonana, że to miłość (a może również akt autentycznej, żarliwej, niemal bajkowej miłości ze strony jej męża) dały Marlenie siłę do życia.

W Kaliforni 10-letnia Kiera Larsen bawiła się z dziećmi sąsiadów jedno miało 2 lata, drugie roczek. W pewnym momencie zauważyła, że w ich stronę koziołkuje samochód, który wypadł z trasy. Zdążyła instynktownie odepchnąć dzieci i ocalić im życie. Ratowanie bobasów zabrało jej czas potrzebny do uratowania własnego życia. Nie zdążyła uskoczyć. Zmarła w drodze do szpitala. Takich dzieci-bohaterów jest więcej. Heroiczną Kierę podaję tylko jako przykład i symbol.

Panowie, ilu z was, w przypływie miłosnego podekscytowania, powiedziało swoim ukochanym kobietom: "zrobiłbym dla Ciebie wszystko?". Można się sprzeczać, czy w większości przypadków są to tylko puste słowa i czcza gadanina, ale jeśli ktoś stwierdzi, że te słowa ZAWSZE są puste i nic się za nimi nie kryje, to łatwo mu udowodnić jak bardzo się myli. Ot, choćby na przykładzie strzelaniny w Colorado, gdzie szaleniec przyszedł na film o Batmanie i zaczął strzelać do widzów, a czterech mężczyzn zginęło, bo zasłoniło swoje partnerki własnym ciałem. Ktoś powie: "wielkie mi rzeczy, to naturalne, że facet chroni swoją kobietę w momencie zagrożenia". Cóż, sprawa nie jest aż tak prosta po pierwsze, zachowania w takich sytuacjach nie uczą w szkołach. Nikt nie przychodzi do kina, mając z tyłu głowy: "oho, zaraz z tyłu sali może wyskoczyć jakiś psychol z karabinem, muszę być przygotowany na wszystkie warianty". Ludzie idą do kina żeby się dobrze bawić, odprężyć się, taka sytuacja to absolutny szok dla każdego, nawet gdyby na widowni siedział sam Punisher, musiałby działać instynktownie, bez żadnego planu. Dla tych 4 facetów instynktowny plan był bardzo prosty najpierw zasłonię własnym ciałem kobietę, którą kocham, a dopiero potem pomyślę, co robić dalej. O tym, że nie każdy facet ma tak rycerski stosunek do swojej kobiety najlepiej świadczy przypadek posła Romana K., z bardzo lansowanej przez lewicowe media postępowej partii Ruch Palikota Romek został skazany za zlecenie zamordowania własnej żony. Swoją drogą, feministyczne utopie o równouprawnieniu nadal tkwią gdzieś w ciemnej dupie bo jakie to równouprawnienie, skoro czterech facetów umarło zasłaniając przed kulami swoje kobiety, a żadna z kobiet nie zginęła tam osłaniając swojego faceta...? Jak widać, nawet w Stanach wciąż pokutują mroki patriarchatu, gdzie facet ochraniający swoją kobietę to zupełnie naturalne zjawisko. A i feministki jakoś jakby nie protestowały i nie podniosły debaty o tym, czy ci faceci zapytali swoje kobiety, czy wyrażają zgodę na potraktowanie ich jako tej "słabszej płci" i uratowanie im życia. Jak wyznała kobieta uratowana przez heroizm swojego narzeczonego, Alexa Teveza: "Nawet nie zdążyłam zorientować się co jest grane. On nie wahał się ani chwili. Zasłonił mnie i powtarzał: cichutko, wszystko będzie dobrze. Zrobiłby dla mnie wszystko, zawsze mi to powtarzał. Ludzie mówili, że tej nocy był moim aniołem. Ale on był moim aniołem każdego dnia, kiedy byliśmy razem".

Wyobraź sobie pomarszczoną staruszkę po 90-tce, w dodatku z zaawansowaną demencją. Najprościej zostawić taką gdzieś w domu opieki i niech sobie czeka na spotkanie z Panem. Ewentualnie odwiedzić raz w miesiącu, kwiatka przynieść, posiedzieć 5 minut i do domu, telewizję pooglądać. Jednak mąż Phyllis, Jack, sam też już po 90-tce, inaczej definiował miłość. Zakochał się w młodej, pełnej życia Phylis w roku 1941, i kochał ją nawet w 2013, gdy nie rozpoznawała otoczenia i zapominała jak się nazywa. Jack Potter prowadził od 1941 roku pamiętnik. Do dziś dumnie prezentuje dziennikarzom zapis na pożółkłych kartkach, pod datą 4 października 1941: "To był bardzo miły wieczór. Tańczyłem z bardzo ładną dziewczyną. Chciałbym jeszcze ją spotkać". Spotkał. Ożenił się z nią w 1943, gdy wokół szalało piekło wojny. Przeżyli razem ponad 70 lat. Za każdym razem, kiedy Phylis dopada demencja i traci kontakt z rzeczywistością, Jack wyjmuje swój pamiętnik i album ze zdjęciami, cierpliwie przypominając jej historię ich życia. Wiele razy zdarza się, że gdy Jack cytuje fragment pamiętnika, Phyllis przypomina sobie to zdarzenie, wzrusza się i wraca jej świadomość.

Holenderski ksiądz Frans van der Lugt przybył do Syrii ponad 50 lat temu. Zżył się z miejscową ludnością, odnalazł sens egzystencji w poprawianiu warunków życia tutejszym niepełnosprawnym i ubogim. Apelował o pomoc, zwracał uwagę na skalę głodu, na rozdzierający serce widok zrozpaczonych matek szukających na ulicy pożywienia dla swoich dzieci. Pragnął zgody między chrześcijanami i muzułmanami, więc nawet kiedy islamiści otoczyli miejscowość, w której się znajdował, odmówił ewakuacji. Oświadczył: "Bardzo ważne dla mnie jest nie popaść w rozpacz, ale zachować nadzieję, bo w ten sposób mogę coś znaczyć dla innych, mogę coś znaczyć dla każdego. Bardzo kocham Syryjczyków i dzieliłem z nimi wiele dobrych chwil. Teraz, kiedy ten lud cierpi, chciałbym z nim dzielić również cierpienia". Został do samego końca z ludźmi, którzy mu zaufali. Pomagał im nawet w tych najtrudniejszych chwilach, w epicentrum muzułmańskiego terroru i rzezi dokonywanej przez nich na chrześcijanach. Islamiści zastrzelili tego 75-letniego kapłana na progu klasztoru, w którym służył. Jego życie było jedną wielką odpowiedzią na powołanie do świętości.

Wstyd ci za tych skretyniałych Polaków, którzy dali sobie sobie zrobić taką papkę z mózgu dzięki propagandzie antypolskich mediów, że teraz gardzą wszystkim co polskie? Olej ich, bo nic w przyrodzie nie ginie te ubytki są rekompensowane przez... obcokrajowców. Na przykład przez działającą w Hiszpanii organizację historyczną działającą pod nazwą: "Organizacja historyczno-kulturalna Polska Pierwsza Do Walki". Jak piszą na swojej stronie internetowej: "Nasze stowarzyszenie ma na celu promocję i rozpowszechnianie historii i kultury narodu polskiego w okresie od jego niepodległości w 1918 do końca II wojny światowej w 1945, w którym Polska stanęła do walki z dwoma najbardziej okrutnymi i żądnymi krwi ideologiami w historii. Aby osiągnąć ten cel, organizujemy i uczestniczymy w rekonstrukcjach historycznych w różnych miastach Hiszpanii i Polski, prowadzimy wykłady i prezentacje w szkołach wyższych, centrach kultury i na uniwersytetach, występujemy na koncertach i przedstawieniach teatralnych, uczestniczymy w wydarzeniach okolicznościowych i oficjalnych uroczystościach zarówno w Hiszpanii jak w Polsce, publikujemy artykuły na tematy historyczne oraz doradzamy i uczestniczymy w produkcji filmów dokumentalnych i krótkometrażowych". Łapiecie? Ci Hiszpanie bardzo aktywnie walczą o dobre imię Polaków na arenie międznarodowej. Sławią nasze bohaterstwo. Kiedy wielu z nas siedzi na dupie i beznamiętnie patrzy na opluwanie naszej historii jak na film w kinie, ci obcy ludzie biorą sprawy w swoje ręce i bronią naszej historii, walcząc o naszą godność. Zachwycają się heroizmem naszych przodków. Występują publicznie w polskich mundurach, z biało-czerwoną opaską na ramieniu, przyprowadzają swoje dzieci i zarażają je pasją do polskości. Słowem odwalają za nas robotę, którą my wciąż w większosci przypadków bardzo zaniedbujemy. Po raz ostatni ich stale rosnąca społeczność gościła u nas kilkanaście dni temu. Złożyli kwiaty, oddali hołd bohaterom Powstania Warszawskiego, odwiedzili cmentarz na Powązkach. W rękach trzymali sztandary z napisem "Bóg, Honor, Ojczyzna". Tak, Polska nie jest ich ojczyzną, wiedzą o tym. Nie przeszkadza im to w oddawaniu hołdu naszej. Miłość do polskiej historii i podziw dla polskiego bohaterstwa wcale nie czyni ich mniej wartościowymi Hiszpanami.

Na dziś tyle przykładów ludzkiego, bezinteresownego dobra, za jakiś czas wrócę do tematu i podam kolejne, jako odpowiedź na mój tekst pod tytułem: "Piekło na wyciągnięcie dłoni". Nie da się ukryć, że żyjemy w bardzo trudnych czasach, a "w powietrzu wisi coś podłego, irracjonalne jakieś zło". Ksiądz Pawlukiewicz mawia: "dla tego kto zmierza do nieba, wszystko jest niebem, a dla tego kto zmierza do piekła, całe życie jest piekłem". To bardzo mocne słowa, ale pobudzają do refleksji. Nie chodzi o to, żeby udawać, że wszystko jest super, relatywizować zło i niczym się nie przejmować. Ale przez te czarne chmury przebija się słońce, nieśmiało ale jednak. Trzeba je zauważać, trzeba kierować się do tego światła. Dobro wcale się nie poddało. W historii świata dobro nie raz już leżało na deskach, a nawet wisiało na krzyżu. A potem zawsze wracało mocniejsze. Gotowe do dalszej walki.

Może Ci się wydawać, że zło zwyciężyło. Że Bóg opuścił ten świat i zostawił go diabłom. Że piekło wychodzi ze swojej otchłani, i że nasza rzeczywistość, gdzie wartości są deptane, moralność ośmieszana a wiara niszczona, to już tak naprawdę jedno wielkie piekło. Ale jeśli tak myślisz, przyjrzyj się jeszcze raz bohaterom opisanym w tym tekście – a przecież wymieniłem tylko symboliczną garstkę przykładów – i odpowiedz sam sobie na pytanie: jeśli faktycznie żyjemy w piekle, to... co tu robią anioły?

Fot. Agnieszka Radzik
Opublikował:
Razprozak
Author: Razprozak
O Autorze
Z wykształcenia dziennikarz, z zamiłowania badacz historii. W wolnych chwilach lubi troszkę po dekomunizować Polskę. Któregoś dnia przestało mu się nie chcieć i zaczął działać. Jego Facebookowy profil (Raz prozą, raz rymem — walczymy z propagandowym reżimem) jest odkryciem roku konserwatywnego Internetu.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.