poniedziałek
| 24 czerwca 2019

Żołnierz nie pyta gdzie i po co ma jechać. Żołnierz jest od wykonywania rozkazów. Były rezerwista Jednostki Wojskowej 4101 w Lublińcu opowiada Markowi Miśce o walce z piractwem morskim, honorze, braterstwie oraz o tym, jak traktowani są weterani w Polsce.

Marek Miśko: Na początek zestaw pytań banalnych. Jakie to jest uczucie, kiedy do Ciebie strzelają?

Piotr Makała: Nie pamiętam, dawno nie strzelali. (śmiech)

M: Nie pytam o misje, tylko o piratów z Somalii.

P: Na pewno nie jest to nic przyjemnego. (śmiech)

M: Znamy się nie od dziś, znam te wszystkie historie, zarówno te opowiedziane późnym wieczorem, nocą, jak i te nad ranem. Jesteś byłym komandosem jednej z najlepszych jednostek wojsk specjalnych w kraju. Dzisiaj, tak jak wielu emerytowanych komandosów i weteranów, zajmujesz się ochroną statków przed piractwem morskim. U wybrzeży Somalii tankowiec, na którym pełniłeś służbę, zaatakowało 80 piratów. Jeżeli uważasz, że to nie jest ciekawa historia, to możemy porozmawiać o słońcu zachodzącym nad Oceanem Indyjskim. Tylko po co? (śmiech)

P: Na początku lat dwutysięcznych piraci robili, co chcieli i rzeczywiście rządzili w wielu miejscach na morzach i oceanach. Chyba że przez przypadek zaatakowali jednostkę wojskową. Dochodziło do takich sytuacji. Taka pomyłka zazwyczaj drogo ich kosztowała.

M: Jak drogo?

P: Mam mówić wprost? Życie. Piraci najczęściej atakowali potężne jednostki cywilne, tankowce przewożące ropę, kontenerowce z samochodami, elektroniką. Przez długi czas armatorzy nie chcieli korzystać z usług prywatnej ochrony na statkach. Gdy ataki nasiliły się, nasze usługi stały się bardzo popularne.

M: Rozumiem, że współcześni piraci nie mają drewnianych nóg i przepasek na oczach?

P: Dzisiejsze piractwo można porównać do zorganizowanych grup przestępczych. W pełni uzbrojonych. Do ataków na statki używają nie tylko broni maszynowej, również tej ciężkiego kalibru, ale np. wyrzutni rakiet, stwarzając tym ogromne zagrożenie. Piraci są najczęściej werbowani spośród biedoty. Są bardzo zdeterminowani, aby osiągnąć swój cel. Wyobraź sobie, że burta tankowca ma 30 metrów wysokości. Kiedy statek jest bez ochrony, piraci podpływają bardzo blisko i potrafią wspiąć się po tych 30 metrach na pokład. Załoga jest bezbronna. Zdarzały się przypadki, że jednostka została porwana przez terrorystów, którzy nie dysponowali bronią palną, a jedynie nożami. Piraci bardzo często nie mają nic do stracenia, są wykorzystywani przez swoich mocodawców, których wpływy sięgają znacznie dalej, niż mogłoby się nam wydawać.

M. Jak daleko?

P: Ale męczysz.

M: Więc jak wygląda zachód słońca nad Oceanem Indyjskim? (śmiech)

P: Wielu ekspertów wskazuje na to, że współczesne piractwo jest powiązane kontaktami w Europie i Stanach Zjednoczonych.

M: Na wasz statek nie udało im się jednak wejść?

P: Bo był odpowiednio zabezpieczony. Byłem dowódcą ochrony, a do ataku piratów doszło podczas mojej wachty. Patrolowałem najbliższą okolicę i na horyzoncie zobaczyłem kilka czarnych punkcików. Okazało się, że były to skify, czyli szybkie łodzie motorowe, wypełnione piratami.

M: I zaczęliście strzelać?

P: Zanim dojdzie do wymiany ognia, zgodnie z przepisami jesteśmy zobowiązani do wprowadzenia odpowiednich procedur. Na początku informujemy przez radio, że nasz statek jest na kursie i prosimy o niezbliżanie się do naszej jednostki. Sygnał ten nadajemy wielokrotnie. Jeżeli to nie pomaga i statki znajdują się w odległości pozwalającej na rozpoznanie za pomocą optyki, wywieszamy flagę TANGO. Jest to międzynarodowy język flagowy. TANGO oznacza "nie zbliżaj się do mnie" i wygląda identycznie jak flaga Francji. W naszym przypadku piraci kontynuowali podejście. Przez radio informowaliśmy, że na jednostce znajdują się uzbrojone formacje ochronne, które zgodnie z prawem międzynarodowym, mogą odeprzeć każdy atak, używając broni palnej i innych środków przeznaczonych do obrony. Nie wiem, czy nie zanudzam…?

M: Nie, nie, to bardzo ciekawe.

P: Ale przecież ty to wszystko wiesz, sam ukończyłeś kurs Maritime Security Operative, więc może ja cię przepytam (śmiech). Zobaczymy, jakim byłeś kursantem.

M: Jeżeli jednostki pirackie mimo ostrzeżeń zbliżają się do ochranianego statku, dowódca ochrony prosi kapitana o zgodę na wyjęcie broni i rozdysponowanie członków ochrony na stanowiska ogniowe, które wcześniej powinny być przygotowane. Każda jednostka przed wypłynięciem na wody zagrożone piractwem morskim zostaje zabezpieczona systemami takimi jak: zasieki z drutów kolczastych, zabezpieczające najbardziej newralgiczne punkty statku, przez które może dostać się na pokład przeciwnik. Stosujemy również zabezpieczenia w postaci wodotrysków lub, jak kto woli, pióropuszy wodnych…

P: Zdałeś. Piątka. I tych pióropuszy również podczas ataków używaliśmy. Ich działanie polega na tym, że poprzez odpowiednie systemy wytryskuje z nich woda pod dużym ciśnieniem. Przypomina to trochę wąż strażacki i w konsekwencji uniemożliwia piratom wejście na pokład. Piraci byli tak blisko, że kapitan wydał zgodę na użycie przez nas broni. Zaczęli strzelać w naszym kierunku.

M: Ale wy jeszcze nie mogliście odpierać ataku?

P: Dokładnie tak. Ludzie, którymi dowodziłem, byli już rozlokowani na stanowiskach strzeleckich. Zgodnie z prawem zaczęliśmy oddawać strzały ostrzegawcze w górę, nadając jednocześnie w systemie ciągłym sygnał radiowy informujący piratów o możliwości skutecznego użycia broni, którą dysponowaliśmy. Piraci zawrócili, gdy zaczęliśmy strzelać dookoła ich statków. Całe szczęście nikt nie zginął ani z jednej, ani z drugiej strony. Dużo w tym pewnie woli bożej, ale ważny też był profesjonalizm dowodzonych przeze mnie ludzi. Jednym z nich był Mariusz Tkaczyk.

M: Weteran, który sparaliżowany może liczyć tylko na pomoc swoich kolegów z dawnej jednostki?

P: Tak, Mariusz to nasz przyjaciel. Uległ poważnemu wypadkowi. Braterstwo i honor, którego nauczyło nas wojsko, nie pozwala nam przejść wobec niego obojętnie. Podczas służby Polsce Mariusz był wielokrotnie odznaczany – m.in. Gwiazdą Afganistanu, Iraku, Orderem Wielonarodowej Dywizji Central-South Badge oraz odznaką za odniesione rany i kontuzje.

M: Jest też Brązowy Medal Sił Zbrojnych w Służbie Ojczyzny i Odznaka Wzorowego Żołnierza.

P: Sam widzisz, porządny chłop. I teraz ten człowiek nie może liczyć na pomoc swojego państwa za służbę, którą dla niego pełnił.

M: Niewielu może dziś na taką pomoc liczyć. Weterani są dziś traktowani w Polsce jako element niechciany: najemnicy, drzwi do lasu, coś zupełnie niepotrzebnego, piąte koło u wozu, zarobkowicze, agresorzy atakujący obce państwa. Mam wymieniać dalej?

P: Przestań, bo się denerwuję. Polska jest na samym końcu, jeżeli chodzi o światowe standardy dotyczące traktowania i podejścia do weteranów. Wiesz, co dzieje się u nas z żołnierzami, którzy byli na 4 – 5 misjach, którzy stracili rękę lub nogę i wracają do kraju?

M: No jak to co? Na lotnisku wita ich minister, przedstawiciel Kancelarii Prezydenta, dowódca jednostki przedstawia do odznaczenia, a szef sztabu proponuje zatrudnienie w merytorycznym zespole wojskowym tak, aby maksymalnie wykorzystać doświadczenie, które zdobył żołnierz na misjach.

P: Pięknie to powiedziałeś. Tylko jest zupełnie odwrotnie. Nikt na nich nie czeka. Żołnierze ranni i zwolnieni ze służby najczęściej najpierw trafiają do amerykańskiej bazy Ramstein w Niemczech. Tam udzielana im jest profesjonalna opieka. Wszyscy otaczają ich szacunkiem, wyposażają w odpowiedni sprzęt, dają nowe ubrania, od majtek i skarpetek przez dresy. Dostają pełną aprowizację i niezbędne leki. Ta bańka pryska, gdy zostają przetransportowani do Polski. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale tak jest najczęściej. Posłużę się przykładem sprzed kilku lat. Dwóch naszych chłopaków wróciło z misji przez Niemcy do Polski. Nogi mieli poharatane odłamkami. Nie witał ich dowódca jednostki ani jego zastępca. Nie było żadnego polityka, było za to dwóch sanitariuszy i rozklekotana karetka wojskowa. Ci kolesie od karetki też byli z kosmosu, ani "be", ani "me", "fajnie, że żyjecie". Zapakowali do środka i zawieźli do jednego z wojskowych szpitali w Warszawie…

M: I tam czekał na nich Minister?

P: Jeżeli był tam jakiś minister, to chyba taki, który miał tak na nazwisko. Wiesz, co zrobili? 

M: Nie wiem, czy to dobry pomysł, abyś mówił dalej, bo zaczynam się denerwować, a mam w telefonie kilka numerów do pewnych osób, którym mógłbym powiedzieć za dużo o jedno słowo.

P: Kazali im siedzieć w poczekalni. Rozumiesz? I to kilka godzin. IM. Żołnierzom, którzy odnieśli rany na wojnie, ludziom, którzy kilka tysięcy kilometrów od granic swojego kraju narażali życie w służbie Ojczyzny. W Polsce nie szanuje się munduru, nie szanuje się żołnierzy, nie szanuje się weteranów. Przeżyłem w swoim życiu wiele, ale zawsze, kiedy o tym mówię, zaciskam pięści, a łzy cisną się same do oczu.

M: Wiem, kiedy to się zmieni.

P: Kiedy?

M: Kiedy pewnym zimowym popołudniem, w pewnym mieście zawyją syreny alarmowe, w telewizji nie wyemitują 4792. odcinka "Klanu", a za oknem pojawią się zielone ludziki. Wtedy ta rzesza głupców zacznie się zastanawiać, gdzie jest nasze wojsko.

P: Z tymi głupkami to trochę mocno, jak na dziennikarza…

M: Mam ten komfort, że nie jestem już dziennikarzem, bo to trochę wstyd. Po prostu masz ciekawą historię, rozmawiamy o niej i chcę ją opowiedzieć ludziom, wszystkim, nawet tym głupim, którzy uważają, że służący za granicą polscy żołnierze to najemnicy. Co ja ci będę mówił, znasz mnie. Po prostu gardzę idiotami, szczególnie tymi, do których nie docierają żadne argumenty. Ale dobra, może teraz coś optymistycznego.

P: Chcemy pomóc naszemu koledze poprzez zorganizowanie marszu, nazwaliśmy go imieniem Mariusza Koziarskiego, bohaterskiego antyterrorysty, który oddał życie na służbie. Chcemy w ten sposób uczcić jego pamięć. Mariusz Tkaczyk to żołnierz 25. Brygady Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie Mazowieckim. W lipcu 2017 r. uległ poważnemu wypadkowi, w wyniku którego jest sparaliżowany od klatki piersiowej w dół. Weteran wymaga specjalistycznej rehabilitacji ruchowej i zakupu niezbędnego wózka inwalidzkiego. Mariusz Tkaczyk pływał ze mną w ochronie statków pod Somalią, byłem jego dowódcą. Po wojsku znaleźliśmy się w prywatnym sektorze ochroniarskim – przeprowadzaliśmy razem statki przez Somalię. Odparliśmy duży atak na nasz statek, który został zaatakowany przez 80 piratów. Mariusz uległ wypadkowi i ze względu na to, że jest naszym kolegą i wywodzimy się ze społeczności wojskowej, postanowiliśmy mu pomóc. Razem z kolegami jeździmy na szkolenia rezerwy jednostek specjalnych, bo służyliśmy w JW 4101 w Lublińcu. Część z nas jest instruktorami strzelectwa, wspinaczki czy nurkowania. Jeden z naszych kolegów wspina się, wiec stwierdziliśmy, że warto byłoby pomóc Mariuszowi poprzez wyjście w Tatry i zachęcić w ten sposób ludzi do wsparcia. Wyjście w góry to walka ze słabościami. Myślę, że to dość fajny pomysł – chodzenie po Tatrach jest przyjemnością.

Fot. Agnieszka Radzik

Opublikował:
Marek Miśko
Author: Marek Miśko
O Autorze
Redaktor Naczelny wSensie.pl. Dziennikarz i scenarzysta radiowy. Pracował między innymi w RDC, Programie Pierwszym oraz Teatrze Polskiego Radia gdzie zajmował się postprodukcją radiową. Ojciec trzech synów, mąż jednej żony, kibol jednej drużyny (L).
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.