środa
| 26 czerwca 2019
Redakcja | 11 stycznia 2019

Minister Ardanowski o ASF: musimy wyeliminować czynnik powodujący tę chorobę, a tym czynnikiem poza wszelką dyskusją są dziki

Minister Ardanowski o ASF: musimy wyeliminować czynnik powodujący tę chorobę, a tym czynnikiem poza wszelką dyskusją są dziki

Ewa Zajączkowska: Z problemem afrykańskiego pomoru świń, dziesiątkującym polskie gospodarstwa rolne, które opierają swoją produkcję na hodowli trzody chlewnej mamy do czynienia od 2014 roku, kiedy to w województwie podlaskim odnaleziono pierwsze ogniska tej choroby, występujące wśród świń i dzików.

Dziś afrykański pomór świń swoim zasięgiem obejmuje całą wschodnią granicę oraz centrum Polski. Rolnicy wychodzą na ulice, zwiększa się sanitarny odstrzał dzików, a niektóre kraje nakładają embargo na polską wieprzowinę. Jak z tym wszystkim radzi sobie Ministerstwo Rolnictwa? Na ten temat będę rozmawiała z szefem resortu, Janem Krzysztofem Ardanowskim.

Panie Ministrze, jak to jest z tym afrykańskim pomorem świń w Polsce, czy naprawdę tego problemu nie dało się rozwiązać w 2014 roku, gdy pojawiały się pierwsze ogniska, kiedy tak naprawdę skażone było tylko województwo podlaskie? Co rolnik powinien zrobić, by zachować swoje gospodarstwo, swój biznes?

Jan Krzysztof Ardanowski: Wie Pani, nie ma mądrych, co należało zrobić w 2014 roku. Eksperci tłumaczyli ówczesnemu ministrowi rolnictwa, że należy w tym miejscu, gdzie pojawiły się trzy przypadki, po prostu wybić zarówno dziki, jak i w dwóch, czy trzech powiatach zlikwidować świnie i choroba nie miałaby możliwości rozprzestrzeniania. Wtedy takiej decyzji nie podjęto i ta choroba rozeszła się po większym obszarze Polski, co generuje dodatkowe problemy, komplikacje. Prawda jest również taka, że jest to choroba, w tej chwili, występująca w wielu krajach. Gdyby ktoś tylko i wyłącznie czepiał się, mówiąc młodzieżowo, kolejnych rządów PSL-u, który wtedy był przy władzy, później mojego poprzednika ministra Jurgiela, czy mnie to, muszę powiedzieć, że to trochę jak kulą w płot, ponieważ ta choroba w tej chwili jest w Unii Europejskiej: w Litwie, Łotwie, Estonii, w Polsce, w Czechach, na Węgrzech, w Rumunii, w Bułgarii. Ostatnio również przeszła do Europy Zachodniej i padły dziki w Belgii. Na wschód od Polski, poza Unią jest w Mołdawii, na Ukrainie, Białorusi i w Rosji. To nie jest tak, że to jest wina w jakimś kraju. Ta choroba po prostu zaczyna pojawiać się w nowych krajach, poza Europą, w Chinach – największym producencie wieprzowiny na świecie. To są oczywiście skomplikowane procedury zwalczania. Z jednej strony musi być współpraca służb weterynaryjnych, bo one odpowiadają za zwalczanie choroby. Z drugiej strony bioasekuracja gospodarstw, które muszą się zabezpieczyć, żeby te wirusy nie przedostały się ze środowiska. To już jest pierwszy problem, bo wielu rolników tego nie rozumie i uważa, że to jest jakiś niepotrzebny wymysł...

No właśnie jak to jest, bo gospodarstwa przemysłowe raczej stosują te zasady bioasekuracji, natomiast w tych rodzinnych jest już trochę gorzej, prawda?

Większe gospodarstwa, które żyją ze świń, zainwestowały, mają większą produkcję, wzięły kredyty, boją się, żeby ta choroba nie dostała się do gospodarstwa, bo to je zniszczy. Natomiast ci, dla których to jest dodatkowa działalność na niewielką skalę, bo mają kilka świń rocznie, lekceważą to. Prawda jest taka, że najczęściej nie mają możliwości spełnienia wymogów bioasekuracji, bo budynki są stare, dziurawe, nie ma możliwości odizolowania, by pies z kotem tam się nie dostały, myszy, szczury, ptaki gdzieś tam nie wleciały. To wszystko można zabezpieczyć, ale to są ogromne koszty. Czasami nie można tego zrobić, bo np. są to pomieszczenia, gdzie w jednym pomieszczeniu siedzą świnie, gdzieś stoi krowa, koza, drób, takiego budynku nie da rady odizolować. Dlatego dla tych rolników jest przede wszystkim oferta, by zaprzestali na 3 lata produkcji i dostali z tego tytułu odszkodowanie. Ja bym chciał, żeby jak najmniej rolników z tego skorzystało, bo chodzi o to, by w Polsce utrzymać produkcję, a nie ją likwidować. Jednak, jak już ktoś nie może spełnić tych wymagań, może niech to uczyni. Wystąpiłem do Komisji Europejskiej z sugestią, by przesunąć część pieniędzy z PROW-u, z innych działań na dopłacenie rolnikom, którzy odchodząc od świń, chcieliby uruchomić nowy kierunek produkcji. Takie działanie będzie niedługo uruchomione. Za uruchomienie nowej produkcji, np. przestawienia się ze świń na bydło mięsne, gęsi, czy jakiś inny kierunek produkcji, również roślinnej, będzie można otrzymać od państwa 80 proc. wsparcia. Drugi problem, który się w Polsce mocno zarysował, to jednak jest to, by zmniejszyć ilość dzików, ponieważ wszyscy wiedzą, że tę chorobę przenoszą dziki...

Czy sanitarny odstrzał dzików faktycznie spowoduje, że ta choroba się zatrzyma?

Na pewno się zmniejszy, bo choroba jest przechowywana, nazwijmy to, w ciele dzików, zarówno żywych, jeżeli są chore, jak i w truchle, w padlinie, również w wydzielinach, w odchodach. Jeżeli to będzie utrzymywało się w przyrodzie, w środowisku, to jest kwestią czasu, kiedy przeniosą to gryzonie, pies, kot, kiedy przeniosą to na butach czy ubraniach ludzie chodzący po lesie. To jest bardzo poważna choroba.

Obrońcy zwierząt troszczą się o dziki, a ja się pytam, co zrobić, żeby nie przenieść tej choroby ze środowiska do gospodarstw? Ostatnio mówi się nawet o tym – i to już byłoby wyjątkowo dokuczliwe – że chorobę mogą przenosić z martwych dzików i z ich wydzielin również owady. Nie wiem jak odizolować gospodarstwo, by muchy, kleszcze i komary nie dostały się do tego gospodarstwa...

Panie ministrze skoro wspomniał pan o organizacjach prozwierzęcych, chciałabym nawiązać do Węgrowskiego Hubertusa, na którym odbywało się polowanie zbiorowe połączone z sanitarnym odstrzałem dzików. Jak Pan skomentuje zachowania prozwierzęcych obrońców, którzy podchodzili pod lufy strzelb? Jest polowanie zbiorowe, myśliwy ma nabitą lufę skierowaną w dół i taki obrońca zwierząt podchodzi mu pod tą lufę, zagrażając swojemu życiu, zrzucając całkowitą odpowiedzialność na myśliwego.

To jest karygodne. To jest absolutnie karygodne i myśliwi powinni natychmiast wzywać policję. Te polowania są legalne, gdy są odpowiednio zgłoszone. Nikt nie wprowadził w Polsce zakazu polowań i niezależnie od tego, czy komuś te dziki się podobają, czy nie, przeszkadzanie w organizacji polowań jest łamaniem prawa i tu musi wkroczyć policja. Często ci ludzie, którzy z jakichś pobudek – im się wydaje szlachetnych, wzniosłych – nie chcą dopuścić do polowania na dziki, podnosząc bałamutne i głupawe argumenty o tym, że jeżeli byśmy odtwarzali kiedyś dziki, po ustąpieniu tej choroby, to one będą miały wady genetyczne. Tak można mówić, jeżeli byśmy odtwarzali z kilku, kilkunastu, czy kilkudziesięciu sztuk, ale w Polsce jest pół miliona dzików! Nawet jeżeli w strefach zapowietrzenia, czyli takim pasie na zachód od strefy występowania choroby, wybili dziki i zredukowali je do jakiejś niewielkiej ilości – bo nigdy nie uda się wszystkich upolować – to te dziki, gdy choroba ustanie, bardzo łatwo się odtworzą. Ci, którzy mówią, że to jest nieprawda, nie wiedzą, jaka jest siła w przyrodzie, co to jest ruja, w jaki sposób te zwierzęta się odszukują. Po prostu mówią rzeczy nieprawdziwe. Jak się zachowają te osoby, z tą wielką wrażliwością wobec dzików, jeżeli trzeba będzie wybijać setki, ba!, tysiące świń, również ciężarnych loch w gospodarstwach...

To jest związane z rozprzestrzenianiem się ASF?

Tak, bo chronione dziki przeniosły tę chorobę i z nich się przedostała do budynków, a tak jak mówiłem, niektórych budynków nie da rady w żaden sposób odizolować. Mówi się o przykładzie Hiszpanii. Proszę tam pojechać i zobaczyć jak to wygląda. To są warowne obozy otoczone drutami kolczastymi, odizolowane od świata, na pustyni, gdzie właściciele chodzą w strojach jednorazowych i w maskach gazowych. Czy w Polsce ma być w ten sposób prowadzona hodowla trzody chlewnej? Musimy przede wszystkim wyeliminować czynnik powodujący tę chorobę, a tym czynnikiem poza wszelką dyskusją są dziki.

Chcę jednak Pani i telewidzom przekazać dobrą informację. Te kosztowne działania, które od wielu lat są podejmowane, to są setki milionów rocznie, to są nerwy rolników, to jest również wielka praca Inspekcji Weterynaryjnej. To są również myśliwi. Część z nich przynajmniej przekonuje się do tego odstrzału, bo był jeszcze taki problem, że część myśliwych uważała, że robimy dzikom krzywdę..

Zawsze był ten spór między rolnikami a myśliwymi.

Chyba myśliwi zaczynają rozumieć i ten spór powoli wygasa. Bardzo staram się im to wytłumaczyć. Jeżeli nie biorą odpowiedzialności za dziki, to trzeba powiedzieć wprost, biorą współudział w rozprzestrzenianiu się choroby w Polsce. Te działania, podejmowane już od kilku lat, zaczynają przynosić efekty. Zgłosiliśmy do Brukseli ok. 60 gmin, właśnie z tego wschodniego pasa, gdzie choroba ustąpiła, gdzie od wielu miesięcy nie było już żadnych nowych przypadków. To nie jest tylko kwestia tego, że teraz robi się zimno. To może być w tej chwili czynnikiem sprzyjającym powstrzymaniu choroby, ale to już jest od wielu miesięcy brak nowych przypadków, dlatego zgłaszamy o formalne, prawne uwolnienie tych terenów od choroby i będziemy zasiedlali tam chlewnie. Tam wraca produkcja trzody chlewnej...

Ministerstwo nie obawia się, że wirus wróci?

Oczywiście nowe ogniska mogą się jeszcze pojawić. To jest choroba dynamiczna, skoro pojawia się w innych krajach, w ogromnym natężeniu. Rumunia na przykład jest całkowicie pokryta, a u nas ewidentne sukcesy i ta choroba ustępuje. Pojedyncze przypadki mogą się jeszcze pojawić. Główny Lekarz Weterynarii i dyrektor Instytutu w Puławach mnie informują, że tu się gdzieś pojawił jakiś przypadek, tam paręnaście się pojawiło, tam jakieś martwe dziki znaleziono, ale choroba ewidentnie słabnie. To znaczy, że te działania, które podjęliśmy – skomplikowane, kwestionowane, ale również kosztowne – przynoszą efekty. Nawet jak rozmawiam z komisarzem Andrukajtisem i ze służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo środowiska i żywności, to nawet z pewnym podziwem patrzą, że nam się udaje ograniczać i zmniejszać te ogniska, a gdzie indziej ta choroba atakuje i się rozszerza.

Panie ministrze jest pewna granica, jeśli chodzi o ASF, ona się zatrzymuje mniej więcej na województwie mazowieckim, to jest taki wysunięty punkt, jeśli chodzi o zasięg ASF. Co zrobić, by ta choroba nie zaatakowała z Zachodu?

W okolice Warszawy prawdopodobnie choroba przeniosła się nie przez dziki, a przez ludzi. Podejrzenia są takie, że może została przeniesiona gdzieś na parkingu z żywnością wyrzuconą do kosza. Staramy się ograniczyć również przewóz żywności z Ukrainy, czy ze Wschodu i to są dramatyczne sceny. Straż graniczna zabiera żywność, słoiki, kiełbasę, zabiera mięso, które ci ludzie wiozą, jadąc do pracy. Przecież oni zachowują się dokładnie tak jak Polacy, kiedy wyjeżdżając na Zachód, brali swoją żywność, żeby było taniej, więc oni też przywożą swoje jedzenie i to jest zabierane na granicy. To są dramatyczne, dantejskie sceny, ale bardzo możliwe, że ta choroba została przewieziona również przez pracowników.

Mityczną barierą była ponoć Wisła, a przecież dziki znakomicie pływają i Wisła nie jest dla nich żadnym problemem. W tej chwili chcemy również poprzez odstrzał sanitarny, wspierany odpłatnością za odstrzelone dziki, stworzyć taki wolny pas, wolny od tych zwierząt o dużym zmniejszeniu populacji na zachód od tych stref, tak, żeby mieć pewność, że nawet jeżeli jakieś dziki jeszcze w tych strefach zapowietrzenia są chore, że one nie są w stanie przedostać się na zachód, głównie do kujawsko-pomorskiego, do Wielkopolski, czyli tam, gdzie są te główne stada.

Taką linią graniczną, którą chcemy w ostateczności wykorzystać, nie jest Wisła – bo nie ma żadnych skutecznych metod zabronienia dzikom pływania – to jest autostrada A1 z północy na południe. Ona jest ogrodzona na całej długości, nie do przejścia przez dziki. Oczywiście są przejścia dla zwierząt i to bardzo nowoczesne, lepsze niż w Europie Zachodniej. One są w tej chwili zamknięte, gdyby nie daj Boże pojawiły się dziki, by nie miały możliwości przemieszczenia się na drugą stronę.

Proszę sobie wyobrazić, nie wiem kto, czy ludzie bez wyobraźni, czy ludzie głupi [to robią – przyp. red.], ale zdarzają się przypadki zrywania zamków, kłódek, otwierania bramek, żeby zwierzęta przechodziły nad autostradą, bo ponoć to szkodzi zwierzętom i powoduje ingerencję w przyrodę. Trzeba nie mieć żadnej wyobraźni, by w ten sposób do tego podchodzić...

Przecież komunikaty ostrzegawcze są jasne, że nie wolno tego robić, bo właśnie to może spowodować rozprzestrzenienie się choroby.

Prawdopodobnie miłośnicy zwierząt twierdzą, że ingerujemy w przyrodę, bo przecież te zwierzęta powinny sobie spokojnie chodzić. Tylko my jesteśmy na wojnie z afrykańskim pomorem świń! Ogromne obostrzenia dla rolników, straty w gospodarstwach, one są w części rekompensowane przez budżet państwa, ale wielu rolników nie może rozwijać hodowli. Wydajemy na to ogromne pieniądze publiczne i są ludzie, którzy to wszystko lekceważą, kpią sobie z rolników, kpią sobie z tej choroby, uważając, że dziki są najważniejsze.

Panie ministrze przejdźmy do embargo, które zostało ogłoszone 18 października 2018 r. przez amerykańską inspekcję ochrony roślin i zwierząt. Powiedział Pan, że jest to pewna wojna polityczna między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską. Jest to dziwna sytuacja, bo zostało ono ogłoszone nagle, statki z napływającą wieprzowiną zostały wstrzymane. Tak naprawdę przez wątpliwości wobec dwóch zakładów produkcyjnych, Polska poniosła zbiorową odpowiedzialność, zaczęła narastać panika. Wynikły też pewne nieporozumienia w kwestii regionalizacji. Jednak po paru dniach udało się to embargo znieść, co jest niewątpliwym sukcesem Pana, jako ministra, ale ja chciałabym zapytać, jak strona amerykańska wytłumaczyła to, że doszło do czegoś takiego?

Amerykanie mieli podstawy, by zapytać Polaków, co robią dwa zakłady w strefie zapowietrzenia, które są również na liście zakładów uprawnionych do eksportu. Dopiero wytłumaczenie Głównego Lekarza Weterynarii i ta skoordynowana akcja, jaką przeprowadziliśmy, wykazała Amerykanom, że dwa zakłady, które oni kwestionowali, w Ełku i w Sokołowie, są również w strefie wolnej, tzw. "białej". Zwierzęta, które są dowożone do przetwórstwa, również pochodzą ze stref wolnych od afrykańskiego pomoru świń. To jest ta tzw. "regionalizacja", czyli to, o czym mówiła Unia Europejska, że nie wolno eksportować tylko z terenów zakażonych, z terenów, gdzie ta choroba jest, natomiast wolno eksportować z terenów wolnych już można. Amerykanie chyba do końca tego mechanizmu regionalizacji nie rozumieją. Oczywiście oni obawiają się afrykańskiego pomoru, są przerażeni, że choroba mogłaby do nich dotrzeć, dlatego radykalnie wstrzymali import ze wszystkich zakładów w Polsce, również z tych położonych na zachodzie kraju, gdzie choroby nie ma. Sytuacja była poważna, bo, o czym mało kto wie, w tym czasie na statkach było ok. 6 tys. ton wieprzowiny płynącej do Stanów Zjednoczonych i co z tym zrobić? Zawrócić? To są ogromne koszty. Dać rekinom? Może by się ucieszyły.

A co z kolejnym transportem?

Działania były wielokierunkowe, podjęte przez cały rząd, przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, przez Ambasadę w Stanach Zjednoczonych. Tu w Warszawie odbyły się rozmowy z przedstawicielami Ambasady Stanów Zjednoczonych w Polsce. W uzgodnieniu ze mną prowadziła je pani minister Jadwiga Emilewicz, jestem jej za to bardzo wdzięczny oraz Główny Lekarz Weterynarii. Wszystkie niezbędne informacje i wyjaśnienia zostały złożone przez Główny Inspektorat, przez dr. Niemczuka i przez jego zastępcę, dr. Kucharskiego. Przeprowadzili to bardzo profesjonalnie. W związku z tym wszystkie wyjaśnienia, jakich Amerykanie oczekiwali, zostały szybko dostarczone. Wystąpiłem natychmiast z pismem do mojego odpowiednika ministra rolnictwa Stanów Zjednoczonych z taką deklaracją, że jeżeli jeszcze są jakieś wątpliwości, które nie zostały rozwiane, które wymagają wyjaśnień, to ja wsiadam w samolot i lecę do Waszyngtonu na rozmowy. Powiadomiliśmy również Komisję Europejską i tutaj padła jasna deklaracja pomocy w wytłumaczeniu Amerykanom, czym jest ta regionalizacja. Okazało się, że to działanie było na tyle skuteczne, że służby amerykańskie cofnęły embargo, zatrzymując do wyjaśnienia te zakłady, zwalniając je również z produktów poddawanych obróbce termicznej, te można eksportować, natomiast (Amerykanie – przyp. red.) mają jeszcze wątpliwości dotyczące mięsa świeżego i mrożonego.

Niezależnie od tego, już po rozwiązaniu tego problemu, przeprowadziłem, co świadczy o pewnej sprawności i odpowiedzialności całego rządu...

Ja zakładałam, że embargo potrwa co najmniej kilka miesięcy.

Udało się szybciej, ale przeprowadziłem ciekawą rozmowę z komisarzem Andrukajtisem, odpowiedzialnym w Unii Europejskiej za bezpieczeństwo żywnościowe, dziękując mu za deklarację współpracy, ale również prosząc go o to, by zorganizować trójstronne spotkanie: Komisja Europejska, Amerykanie i Polska, żeby wytłumaczyć Amerykanom, czym jest ta regionalizacja, bo widać wyraźnie, że ich służby nie do końca to rozumieją. Taką deklarację złoży prawdopodobnie w połowie listopada, bo to spotkanie i jego termin koordynować już będą służby komisarza, więc takie spotkanie się odbędzie.

I jeszcze jedno, my przecież szukamy nowych rynków zbytu w Azji, w różnych krajach. Część tych krajów też kwestionuje tę regionalizację.

Właśnie chciałabym zapytać, jak to jest z innymi krajami, np. z Wietnamem, z Bośnią i Hercegowiną, czy tylko Stany Zjednoczone nałożyły na nas embargo, czy inne państwa również?

Inne państwa też, ale jeżeli jest bardzo szybka reakcja, a ona dotyczyła np. Wietnamu i Malezji, natychmiastowe wyjaśnienia naszych służb sprawiły, że nawet na chwilę wprowadzone embargo dla tych terenów wolnych od choroby zostało cofnięte. Poprosiłem komisarza i on rzeczywiście chce się w to zaangażować i wszędzie tam, gdzie szukamy rynków zbytu, czy kraje, do których eksportujemy, miałyby jakieś wątpliwości, to zostaniemy wsparci pomocą przez pracowników Komisji Europejskiej. Oni również w imieniu Komisji Europejskiej będą pomagali nam negocjować dostęp do nowych rynków. Tu nie chodzi tylko o to, by rozwiązać doraźny problem z Amerykanami. To się szczęśliwie udało, ale o to, by stworzyć takie mechanizmy, które na przyszłość nas zabezpieczą przed wujem Samem, ale też przed innymi krajami.

Czy Stany Zjednoczone to duży rynek zbytu dla polskiej wieprzowiny?

Duży. To jest ok. 170 mln euro wartości eksportu z tendencją wzrostową. To jest jeden z największych odbiorców wieprzowiny w Polsce, dlatego o ten rynek tak trzeba dbać.

Będziemy śledzić na bieżąco rozwój bądź cofanie się choroby ASF. To był kolejny odcinek programu "Polska na serio", gościem był minister Jan Krzysztof Ardanowski. Dziękuję.

Dziękuję bardzo.

Cały program dostępny [TUTAJ].

wsensie.tv/MS/Fot. wSensie


wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.