sobota
| 21 września 2019

Ukraiński biznes nie lubi polskiej historii i spuścizny. Nie promuje jej i nie próbuje na niej zarabiać.

Kilkudniowy wyjazd na zachodnią Ukrainę pozwala na pewne spostrzeżenia i wnioski, których nie dostrzega się z daleka. Co można zjeść we Lwowie? Włoską pizzę, francuskie croissanty, amerykańskie burgery i turecki kebab. Można też iść do irlandzkiego pubu, a nawet do restauracji tajskiej czy chińskiej, nie wspominając o McDonaldzie. Niewiele restauracji serwuje dania gruzińskie czy ormiańskie. Trudno natomiast znaleźć nie tylko lokal z polskim czy żydowskim jedzeniem, ale nawet z ukraińskim. A przecież przez większą część swojej historii Lwów leżał w Polsce i jeszcze przed II wojną światową to właśnie Polacy byli dominującą nacją w mieście. Z kolei Żydzi stanowili największą mniejszość (przypomina o tym m.in. tablica upamiętniająca ekonomistę Ludwiga von Misesa na budynku, w którym się urodził). Dlaczego ukraińskiemu biznesowi nie opłaca się promować tej spuścizny? W rezultacie pod tym względem Lwów traci swój specyficzny charakter i staje się bardziej podobny do miast zglajszachtowanej zachodniej cywilizacji, gdzie rządzą wielkie korporacje. Restauracje są co prawda porządne, ładne i ze smakiem, ale nie mając ani ukraińskiego, ani polskiego charakteru, mogłyby równie dobrze działać we Włoszech czy USA. W centrum Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, którą odwiedziłem trzy lata temu, co kilka kroków była budka z tradycyjnym kwasem chlebowym, a we Lwowie wszędzie stoją tylko budki z… La Cafe. Podobnie w Równem w jednej z przypadkowych restauracji zamiast polskiego czy ukraińskiego śniadania można zamówić wyłącznie jedną z trzech wersji śniadania, ale… angielskiego. W Żółkwi natomiast w ogródkach piwnych króluje… duński Carlsberg. Jak już od dawna w Krakowie czy Wrocławiu, lokale ewidentnie nastawione są wyłącznie na komercję i prymitywną turystykę.

Polskie marki

Mimo wszystko sytuacja na Ukrainie się poprawia. W zalewanym turystami Lwowie kamienice na Starym Mieście są ładnie wyremontowane. Z kolei podlwowską Żółkiew pomagały odrestaurować fundusze unijne w ramach transgranicznego programu Polska-Białoruś-Ukraina (niestety, zamek Sobieskich nadal pozostaje w ruinie). Pamiętam, jak jeszcze kilkanaście lat temu po ulicach Lwowa jeździły głównie radzieckie łady i moskwicze, teraz jeżdżą co prawda stare, ale auta zachodnich marek, a zdarzają się też nowe, bardzo drogie mercedesy czy BMW. Stacje benzynowe są już jak na Zachodzie, ale ukraińskie drogi nadal pozostają w fatalnym stanie.

Na ukraińskim rynku działają nieliczne polskie firmy, takie, jak bank PKO BP, który jest właścicielem ukraińskiego Kredobanku. Na ulicach jest widoczne logo PZU, sprzedawane są farby Śnieżka, a w ukraińskich toaletach dominują produkty marek Cersanit i Koło. We Lwowie gdzieniegdzie odsłonięto stare witryny z polskimi napisami, takimi jak: "kawiarnia", "książki" czy "mleczarnia". Jednak na Starym Mieście znacznie częściej można natknąć się na napisy po angielsku niż po polsku. W sklepach polskich produktów jest niewiele. Poza żubrówką nie widziałem nic więcej. Pod tym względem znacznie lepiej jest we wspomnianej Mołdawii, gdzie pokaźną część oferty artykułów spożywczych stanowi import z Polski. We Lwowie i innych miastach zachodniej Ukrainy jeszcze dominują małe sklepiki, prężnie działają zwykłe uliczne targowiska, a niewiele jest zachodnich marketów, jednak prawdopodobnie to tylko kwestia czasu, kiedy przejmą tamtejszy rynek (obecny jest już np. Auchan).

Na dodatek na Ukrainie nie jest już tak tanio, jak jeszcze kilka lat temu. Teraz ceny w sklepach i restauracjach we Lwowie niemal dorównują polskim cenom. Jedynie w lokalach na prowincji jest jeszcze sporo taniej. Mimo tragicznie niskich zarobków rzędu nawet 400-600 zł na miesiąc, paliwo jest niewiele tańsze niż w Polsce – litr benzyny 95-oktanowej kosztuje ok. 4,5 zł. Zdecydowanie tańsze są natomiast mieszkania. Nowe kosztują mniej więcej tyle ile w Polsce, zanim weszliśmy do Unii Europejskiej. Jedynie wi-fi jest wszędzie powszechnie dostępne za darmo.

Pomnik ukraińskiego Himmlera

Lwowskie świątynie różnych chrześcijańskich wyznań nie mają sobie równych. Są wyremontowane, przepiękne i dobrze utrzymane. Aktualne prace konserwatorskie i restauratorskie przy rzeźbach apostołów przy Katedrze Łacińskiej pw. Wniebowstąpienia NMP finansowane są m.in. przez polski Senat. Niesamowite wrażenie robi też Ławra Poczajowska, czyli prawosławny klasztor w Poczajowie. Po zniszczeniu w czasach komunistycznych, polskimi pieniędzmi odrestaurowana została kolegiata św. Wawrzyńca w Żółkwi, gdzie w krypcie pochowano hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Po komunistycznej dewastacji powoli staraniami polskiego księdza Jana Szańcy jest też remontowany kościół św. Doroty w Sławucie, która w czasie II RP leżała tuż za polską granicą. Otóż został on zamieniony na wojskowy magazyn soli. 200 ton tego minerału przez dziesięciolecia skutecznie niszczyło nie tylko mury świątyni. Polakom udało się odremontować i przywrócić pierwotną funkcję także kościołowi św. Piotra i Pawła w Równem, wybudowanemu w czasach II RP. Filharmonią pozostaje natomiast XIX-wieczny Kościół katolicki w Równem. Tak więc we współczesnej Ukrainie jest znacznie lepiej niż w Europie Zachodniej, gdzie wzorem Sowietów kościoły zamyka się na rzecz barów i dyskotek.

We Lwowie nie ma już ani Biblioteki Ossolińskich, ani Uniwersytetu Jana Kazimierza, a zamiast polskich festiwali organizuje się… Dni Kultury Kuwejtu. Ale działają serwisy, takie jak Booking.com, Uber czy BlaBlaCar. Po upadku komuny zamiast wracać do swojej wielonarodowej, wielokulturowej historii i spuścizny Ukraina – zgodnie z amerykańskim planem – paskudnie się westernizuje. Jedynym wzorem jest Zachód. Niestety, choć pomników Lenina już nie ma (w przeciwieństwie do Białorusi czy Mołdawii), to przy okazji Ukraińcy gloryfikują niezbyt chwalebne karty swojej historii, o czym we Lwowie czy Iwano-Frankowsku świadczą pomniki Stepana Bandery, przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, realizującej ludobójstwo na Wołyniu. Z kolei na urzędowym budynku w Żółkwi powieszono ogromne plakaty i Bandery, i Jewhena Konowalca, przewodniczącego OUN. Natomiast Dmytro Klaczkiwski "Kłym Sawur", inicjator i kierujący rzezią wołyńską ma swój monument w Równem. Dlaczego nie ma reakcji polskiego państwa? Jaki byłby lament premiera Izraela Benjamina Netanjahu, gdyby w Monachium postawiono pomnik Heinricha Himmlera?

Fot. Tomasz Cukiernik

Opublikował:
Tomasz Cukiernik
Author: Tomasz Cukiernik
O Autorze
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i komentator gospodarczy, a z zamiłowania – podróżnik. Autor trzech książek (m.in. „Dziesięć lat w Unii” i „Socjalizm według Unii”) oraz około tysiąca artykułów opublikowanych w polskiej prasie i Internecie.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.