poniedziałek
| 11 listopada 2019

Niedawno zajrzałem do małopolskich Racławic, pod którymi w 1794 roku miała miejsce zwycięska dla powstańców kościuszkowskich bitwa z wojskiem rosyjskim. Nieopodal pola bitwy w Janowiczkach znajduje się piękny niegdyś dwór. Dobra Janowiczki należące do Bronisława Pryffera zostały znacjonalizowane i w 1945 roku przejęte przez Skarb Państwa. Do początku lat 80. mieścił się tam ośrodek zdrowia. Obecnie dwór stanowi własność gminy Racławice i popada w coraz większą ruinę: powybijane okna, zdarty tynk, odrapane ściany, waląca się przybudówka, a w środku obiektu walący się strop i pobojowisko.

To jedna z wielu smutnych konsekwencji reformy rolnej, którą zadekretowano dokładnie 75 lat temu – 6 września 1944 roku. Inny przykład podaje prof. Michał Kopczyński z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W okolicach Skierniewic niszczeje XIX-wieczny dwór należący do czołowego hodowcy owiec w Królestwie Polskim. Rosnąca na portalu tego pałacu brzoza z roku na rok była coraz większa.

Opór ma sens

Przepisy komunistycznej reformy rolnej z 1944 roku stanowiły, że z różnymi wyjątkami podlegają jej majątki, gospodarstwa rolne, które mają więcej niż 100 ha bądź 50 ha użytków rolnych. Komunistyczne państwo przejęło bez odszkodowania własność ziemian, którą następnie sprzedano drobnym rolnikom. Kolejnym krokiem miała być kolektywizacja na wzór radziecki, do której – na szczęście – nigdy nie doszło w przeciwieństwie do sąsiednich krajów komunistycznych. Decyzję o kolektywizacji rolnictwa podjął w 1948 roku Komitet Centralny Polskiej Partii Robotniczej. Jednak napotkało to zdecydowany opór większości rolników, a do tworzonych nielicznych spółdzielni przystępowali głównie chłopi małorolni.

Według Nowej Encyklopedii Powszechnej PWN, do 1951 roku utworzono ok. 2,2 tys. spółdzielni, które zajmowały zaledwie 0,8% użytków rolnych.

"W dziedzinie rolnictwa absolutne pierwszeństwo przyznano przymusowej kolektywizacji. Kampania polegająca na pozbawieniu chłopów prawa własności ziemi i zamykaniu ich w PGR-ach oraz dobrowolnych spółdzielniach produkcyjnych nabierała coraz większego impetu. Nikogo nie mógł zmylić żargon, w którym starannie unikano rosyjskiego słowa "kołchoz". W latach 1950-55 liczba gospodarstw kolektywnych wzrosła z 12 513 do 28 955. Przed rolnictwem indywidualnym stanęło widmo zagłady"

– pisze prof. Norman Davies w "Bożym igrzysku".

Po początkowych represjach władz komunistycznych (domiary podatkowe, przymusowe dostawy produktów rolnych, rewizje, a nawet aresztowania) wobec niechęci rolników do przystępowania do spółdzielni, w 1956 roku zdecydowano o zaprzestaniu przymusowej kolektywizacji, mimo że zrealizowano ją we wszystkich krajach komunistycznych. W ZSRR za sprzeciw groziło aresztowanie, deportacja czy niszczenie gospodarstw i zbiorów.

– Zwykle się w literaturze mówi, że to był taki zabieg, który wiadomo było, że będzie odwracalny, dlatego że zapadnie decyzja – wcześniej czy później – o kolektywizacji, bo przykład radziecki pokazywał, że będzie kolektywizacja. W związku z tym bardzo często interpretuje się tę decyzję w taki sposób, że ona była dość cyniczna, polityczna, wyborcza, żeby łatwiej przejąć władzę. Przykład węgierski, gdzie wybory odbyły się stosunkowo wcześnie, pokazał, że mimo obietnicy przeprowadzenia radykalnej reformy rolnej, pierwsze wybory wygrała partia drobnych rolników. W Polsce też należało się liczyć z taką możliwością. Zdawano sobie sprawę, że ruch komunistyczny nie jest zbyt popularny i że jeśli mają odbyć się wybory, nawet jeśli mają być poprawiane, to trzeba zagrać takim dodatkowym argumentem

– mówi prof. Kopczyński.

– Wieś przyjęła bardzo niechętnie ogłoszenie planu kolektywizacji rolnictwa w Polsce. Jeszcze kilka lat wcześniej władze deklarowały przecież, że podstawą ustroju rolnego będą indywidualne gospodarstwa chłopskie. Idea kolektywnej uprawy i hodowli nie trafiła nie tylko do "starych gospodarzy", ale także tych, którzy stali się właścicielami gospodarstw w wyniku reformy rolnej. Do tych drugich trafić było jednak łatwiej, szczególnie jeżeli nie poradzili sobie w nowej dla nich roli

– podkreśla dr Tomasz Osiński z Biura Badań Historycznych IPN w Lublinie.

Konieczna reforma

Jak zaznacza jednak prof. Kopczyński, reforma rolna jako taka we Wschodniej Europie z bardzo dużym przeludnieniem agrarnym, z dość późną transformacją demograficzną, tzn. z bardzo dużym przyrostem ludności na wsi, była problemem, z którym trzeba było się zetknąć.

– Wszędzie przeprowadzono to w sposób bardzo radykalny, po czym przeprowadzono kolektywizację. W Polsce przeprowadzono radykalną reformę rolną, przy czym usiłowano przeprowadzić kolektywizację, ale jak wiadomo, nie przeprowadzono jej. Nie zdążono. Częściowo kolektywizację w Polsce oczywiście przeprowadzono, ale to jest sytuacja nieporównywalna do innych krajów komunistycznych, gdzie przeprowadzono ją całkowicie. Poza tym przy PGR-ach należy pamiętać o tym, że część z nich to są przejęte wielkie majątki poniemieckie, czyli takie, które nie miały swoich spadkobierców

– mówi prof. Kopczyński.

Same przyczyny niedokończenia kolektywizacji są bardzo złożone.

– Tradycja indywidualnego gospodarowania, mentalność chłopów, wrodzony upór sprawiły, że władze w procesie kolektywizacji odwołały się do szeregu działań o charakterze represyjnym. Łamanie prawa i stosowanie przymusu usztywniało jeszcze bardziej stanowisko chłopów. Na pewno nie zachęcały do wstąpienia do spółdzielni towarzyszące ich działalności patologie

– mówi dr Osiński.

– Znamienne jest także to, że urzędnicy i działacze partyjni niższych szczebli podchodzili do zagadnienia kolektywizacji bez entuzjazmu

– dodaje.

Polityka ponad ekonomią

Dla komunistów liczył się przede wszystkim element polityczny, a w ich decyzjach nie były brane pod uwagę czynniki ekonomiczne, tak jak to było w przypadku reformy rolnej z okresu II RP. Wtedy dość duża ilość ziemi przeszła z rąk ziemiaństwa do rąk chłopskich, przy czym zdecydowano, by wielką własność pozostawić.

– Dlatego że większa własność ma większą wydajność liczoną w produkcji rolnej na jednego zatrudnionego, niekoniecznie w plonach, ale w intensywności, jeśli chodzi o zatrudnienie. Trzeba sobie zdawać sprawę, że Polska była krajem jednak eksportującym żywność i gdyby przed wojną przeprowadzono taką bardzo radykalną reformę rolną, to ceny żywności by bardzo drastycznie skoczyły do góry. I moglibyśmy utracić rynki eksportowe, co z różnych względów było bardzo niebezpieczne dla Polski. Zrobiono tutaj pewien kompromis. Poza tym w okresie międzywojennym chodziło o to, żeby tę ziemię mogli kupić – z większą czy mniejszą pomocą państwa – chłopi, którzy już produkują na rynek. Po to, żeby więcej swojego produktu mogli wypuścić na rynek, wziąć za to pieniądze i nie tylko zapłacić podatki, ale stanowić też pewien rynek zbytu dla przemysłu krajowego

– tłumaczy prof. Kopczyński.

Inaczej było w państwach bałtyckich, gdzie w okresie międzywojennym miały miejsce najbardziej radykalne reformy rolne.

– Estonia, Łotwa, w mniejszym stopniu Litwa z tego względu, że w Estonii i na Łotwie ta warstwa ziemiańska to była warstwa obca – to byli Niemcy, na Litwie Kowieńskiej – to byli w dużej mierze Polacy. Tu można było te radykalne reformy przeprowadzić, bo one pokrywały się z celami politycznymi władz, które tam rządziły. Natomiast w Polsce i innych krajach Europy Środkowej reformy rolne w okresie międzywojennym były, ale były realizowane z myślą o czynnikach, które ograniczały ich radykalizm społeczny. Komuniści na coś takiego w ogóle nie patrzyli. Nie mieli żadnych zahamowań i stąd nadziały dla wszystkich, a więc także dla chłopów bezrolnych, a nawet przede wszystkim dla nich. Dlatego że ci chłopi, którzy produkowali już na rynek byli takimi negatywnymi bohaterami jako kułacy. Były działania typu politycznego, natomiast nie ekonomicznego, a przynajmniej w mniejszym stopniu ekonomicznego, chociaż problem reformy rolnej jest problemem realnym

– podkreśla prof. Kopczyński.

Możemy się tylko cieszyć, że Polski nie dopadła kolektywizacja, bo wtedy z pewnością byłyby jeszcze gorsze problemy z dostępem do produktów rolno-spożywczych za PRL-u, a potem z odrodzeniem się prywatnego rolnictwa. Wystarczająco dużo szkód poczyniła reforma rolna z 1944 roku, która nie tylko rozkradła majątki ziemiaństwa, niszcząc jednocześnie tę ważną grupę społeczną, ale spowodowała także wielkie straty w polskiej kulturze i historii, tysiące pałaców i dworów, takich jak ten w Janowiczkach, pozostawiając na łasce losu.

Fot. Aleksandra Kasperska/Tomasz Cukiernik

Opublikował:
Tomasz Cukiernik
Author: Tomasz Cukiernik
O Autorze
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i komentator gospodarczy, a z zamiłowania – podróżnik. Autor czterech książek (m.in. „Dziesięć lat w Unii” i „Socjalizm według Unii”) oraz około tysiąca artykułów opublikowanych w polskiej prasie i Internecie.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.