poniedziałek
| 11 listopada 2019

Franco zwyciężył z marksistami w starciu zbrojnym. Ocalił kraj przed komunizmem. Hiszpańscy pogrobowcy republiki nienawidzą go tak, jak "postępowcy" amerykańscy nienawidzą generała Roberta E. Lee i dziedzictwa skonfederowanych stanów południa. Chcieliby wymazać go z historii, podobnie jak francuscy mądrale marszałka Pétain’a, a lewica laicka, z którą musi dzielić swoje terytorium naród polski, Żołnierzy Wyklętych. Teraz pieją z zachwytu, bo Franco najprawdopodobniej zniknie z mauzoleum w Dolinie Poległych. "Nowy wspaniały świat" nie jest jeszcze gotowy, ale to symboliczny sukces rewolucji. Lewica ma wielu takich Emmanuelów Goldsteinów, lecz tym co spaja ją najmocniej jest skrajna wrogość do Kościoła katolickiego, którego tak zdecydowanie bronił Franco. Marzenia "postępowców" są wiecznie żywe. Wyraził je ostatnio dobitnie, choć nieadekwatnie do obecnego etapu, lewicowy aktywista Dawid Winiarski: "Na razie płoną katedry, na księży przyjdzie czas!".

Ekshumacja
Hiszpańskie władze zdecydowały, że szczątki generała Franco mają zostać usunięte z mauzoleum w Dolinie Poległych – obiektu upamiętniającego ofiary obu stron wojny domowej. W lipcu 2018 r. rząd Pedro Sancheza – lidera Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, rozpoczął proces ekshumacyjny. We wrześniu 2019 r. sąd najwyższy wydał orzeczenie zezwalające na "natychmiastowe" przeniesienie szczątków generała. Rodzina Franco zapowiedziała zaskarżenie tej decyzji do Trybunału Konstytucyjnego i ETPC w Strasburgu, ale jak poinformowały media, ekshumacja może nastąpić już 7 października. Dalsze plany lewicy zakładają być może nawet likwidację mauzoleum. Powróćmy przy tej okazji do Hiszpanii lat 30.

Narastający konflikt
Jak wiadomo Hiszpania nie należała wówczas do najspokojniejszych miejsc na ziemi. Przypomnijmy, że w tym czasie upadła monarchia, ustanowiono radykalną jak na tamte czasy konstytucję, kilkukrotnie zmieniały się rządy, w kilku rebeliach lokalnych polała się krew. Scena polityczna II Republiki Hiszpańskiej stanowiła zaś prawdziwą mozaikę zróżnicowanych ideologicznie i regionalnie partii politycznych. W ciągu pierwszych 5 lat jej istnienia (1931-36), czyli przed wybuchem wojny domowej, co najmniej 28 partii miało swoich reprezentantów w parlamencie. Stopniowo siły prawicowe i lewicowe skonsolidowały się w dwóch wrogich sobie obozach. Wybory w 1936 r. wygrał Front Ludowy – koalicja złożona z komunistów, socjalistów, demokratów i anarchistów. Blok prawicowy uległ nieznacznie, ale ze względu na ordynację faworyzującą nawet niewielką większość, lewica uzyskała wyraźną przewagę w parlamencie.

Spoiwo czerwonej republiki
Wbrew temu co głosi powszechnie obowiązująca w medialnym matrixie prokomunistyczna wykładnia historii, wyłoniony z Frontu Ludowego rząd republikański ani nie kierował się praworządnością, ani nie gwarantował Hiszpanii niepodległej. Był to w istocie rząd rewolucji. Lewicę jednoczyła wspólna nienawiść do Hiszpanii konserwatywnej - jej tradycji i przeszłości. Przy pomocy marksistowskich bojówek szybko rozpoczęto prześladowana prawicowej opozycji, z zabójstwami włącznie. Skrytobójczo zamordowano m.in. przywódcę monarchistów. Republika otwarcie wypowiedziała frontalną wojnę Kościołowi katolickiemu. Ze szczególną zawziętością atakowano duchownych, ale świeccy wierni również nie byli bezpieczni. Przemoc fizyczna była stosowana przez antyklerykalną lewicę od 1934 r., zaś po zdobyciu władzy przez Front Ludowy przybrała charakter masowy. Dążono już nie tylko do wyrugowania katolicyzmu z przestrzeni publicznej, ale do jego eliminacji w ogóle. Bojówkarze burzyli pomniki, palili kościoły i w okrutny sposób mordowali księży. Jak podaje prof. Paweł Skibiński, w ciągu 3 lat wojny rewolucjoniści zamordowali 6 tys. duchownych. Oznacza to, że co drugi ksiądz znajdujący się na terenach kontrolowanych przez rząd został pozbawiony życia. W samej Barcelonie na 200 kościołów nienaruszone ostały się 2. Resztę zdewastowali w całości albo częściowo. Okrucieństwo republiki to oczywiście tylko jeden z powodów wybuchu krwawego konfliktu, który kiełkował wcześniej. Jednak, gdyby nie militarna kontrrewolucja Franco, prawdopodobnie doszłoby do całkowitej eksterminacji duchowieństwa.

Reakcja
W 1936 roku na Półwyspie Iberyjskim rozgorzały krwawe walki. Hiszpańska konfrontacja była wykorzystywana politycznie przez europejskie mocarstwa. Obie strony otrzymały zagraniczną pomoc – frankiści z Włoch i Niemiec, zaś koalicję Frontu Ludowego wsparły: Francja, Meksyk, i przede wszystkim Sowieci. Stalin żywił nadzieje, że w momencie poważnego napięcia, w jakim znajdowała się Europa, lokalną jatkę uda się przekształcić w wojnę pomiędzy państwami zachodnimi. Wojna rozprzestrzeni rewolucję na cały świat i umożliwi jej zwycięstwo. Ze względu na przyjętą strategię "wkraczania" Armii Czerwonej "wyzwalającej" uciemiężonych na końcu historii, ZSRR nie mógł się zaangażować oficjalnie. W związku z tym Moskwa sterowała wspierającymi antyfrankistów towarzyszami hiszpańskimi na odległość przy pomocy agentury, a w ferwor walki rzuciła zorganizowane przez Komintern Brygady Międzynarodowe – awangardę walki z "faszyzmem". Wtedy rewolucji udało się zapobiec dzięki zbrojnemu wystąpieniu oficerów skupionych wokół gen. Emilio Moli. Do sił reakcji przyłączył się gen. Francisco Franco, a po śmierci przewidywanego na przywódcę przewrotu gen. Sanjurjo, objął główne dowodzenie i wyszedł z krwawej wojny domowej zwycięsko.

Stabilne, skuteczne rządy
Faktem jest że, skutkiem powstania było obalenie legalnie wybranej władzy. Po jej siłowym usunięciu gen. Franco został dyktatorem. Brutalnie rozprawił się z pokonanymi rewolucjonistami, cenzurował prasę, ograniczył wolność światopoglądową. Czy rządzone przez niego Państwo Hiszpańskie (1939-1975) było faszystowskie, jak zapewniają rozmaici ważniacy? W rozumieniu lewicy i tak wszystko niezgodne z jej – nie ukrywajmy – totalitarną wizją świata, jest dziś faszyzmem, jakimś izmem bądź fobią. Przekonywać lewicę, że fraknizm nie był faszyzmem, to trochę tak, jakby tłumaczyć Sylwii Spurek, że los krów mlecznych jednak nie jest determinowany przez ich płeć. Wspomnijmy zatem choć cząstkę tego, co Franco zrobił dla Hiszpanii, a zrobił wiele. Wiemy na pewno, że powstrzymał rewolucję komunistyczną, a następnie zachował neutralność Hiszpanii podczas II WŚ. Warto też napomknąć, że państwo frankistowskie nie uczestniczyło w Holokauście. Nie wydawało Niemcom hiszpańskich Żydów, a tysiące przyjęło u siebie i ocaliło tym samym z rąk francuskiej policji, która wysyłała Żydów z łapanek bezpośrednio do KZ-ów. Ponadto Franco – po przeprowadzeniu referendum – przywrócił monarchię (sam został regentem). Dzięki ustanowieniu władzy niedemokratycznej mógł ustabilizować sytuację w kraju i przejść do prowadzenia polityki realnej, tzn. nastawionej na przyszłość, a nie na teraźniejszość jak w ustrojach demokratycznych. Doradzał mu cały konglomerat środowisk intelektualnych, społecznych, wojskowych. Rządy frankistowskiego reżimu po pewnym czasie zostały zliberalizowane, tak w wymiarze społecznym, jak i gospodarczym. Po okresie interwencjonizmu państwowego nastąpił tzw. "hiszpański cud gospodarczy", czyli w praktyce nie "cud", tylko rezultat wprowadzenia w latach 50. pewnych rozwiązań wolnorynkowych, co zawsze prowadzi do rozwoju i wzrostu bogactwa. W późnych latach 60. i na początku lat 70. Hiszpania była drugą co do tempa rozwoju gospodarką świata (po Japonii). To wszystko miało błogosławione skutki dla powojennej Hiszpanii.

Dopiero po śmierci Franco, zresztą przy udziale frankistowskiej elity, ustrój Hiszpanii uległ dekompozycji, ewoluując ponownie w kierunku socjaldemokratycznym. Z biegiem czasu wszystkie lewicowe ideologie polityczne dały o sobie znać, spychając "starą" Hiszpanię do głębokiej defensywy. Współczesna coraz bardziej zlewaczała i zmuzułmaniona Hiszpania, podobnie jak reszta zachodniej części Starego Kontynentu trapiona wojną kulturową, powraca do idei kolektywistycznych. Oczywiście pod szlachetnymi sztandarami demokracji, standardów europejskich i ogólnego prawczłowieczyzmu.

Narracja lewicy
A Franco? Chyba na zawsze pozostanie jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii w ogóle. Ocena jego postaci dzieli historyków i całą Hiszpanię. Przez lewicę jest znienawidzony podwójnie. Raz, za pogromienie jej na polu walki. Dwa, że jako katolik, monarchista i konserwatysta, pozostaje symbolem tradycyjnego ładu, dawnego porządku, wiary, hierarchii, autorytetu, i wszelkich składników oraz instytucji konserwatywnych. Jest jak totem, na którym skupia się to czego lewica, nie tylko w Hiszpanii, nienawidzi najbardziej. Stąd z taką furią cała neomarksistowska agenda wyposażona w zastępy ideowych towarzyszy i towarzyszek, pożytecznych idiotów i idiotek oraz zawodowych Goebbelsów, zwalcza i będzie zwalczać pamięć po generale. Z kolei hiszpańskie społeczeństwo, zlaicyzowane i zainfekowane "nowoczesnością" obawia się rozmów o polityce. Światowe salony zapewniają z każdej strony, że Franco był groźnym faszystą i nie należy o nim dobrze mówić. Już prawie nie ma symboli po państwie frankistowskim w przestrzeni publicznej. Ale ponieważ nie wszyscy dają się odpowiednio "reedukować", trzeba może Franco nie tylko usunąć z mauzoleum, ale najlepiej całkowicie "ewaporować" z historii?

Na końcu usuną krzyż
To wielce symptomatyczne i bardzo złowieszcze, że kiedy z miejsca upamiętnienia ma zniknąć żołnierz, który w stanie wyższej konieczności zdecydował się użyć siły, żeby ustrzec swój kraj z jego katolicką tradycją przed upadkiem, to lewica pokojowo wprowadza naukę Koranu do kolejnych szkół publicznych coraz bardziej bezbronnej Hiszpanii. Jednocześnie zajęcia z religii katolickiej znajdują się pod nieustannym ostrzałem lewicy. Na dzień dzisiejszy islamu naucza się już w trzynastu z siedemnastu hiszpańskich wspólnot autonomicznych. Do tego grona dołączyły właśnie Beleary, gdzie nawiasem mówiąc jeszcze przed wojną, gen. Franco służył jako komendant okręgu wojskowego. Owładnięci paranoją polit-poprawności, forsujący multi-kulti politycy, z głupoty, naiwności, a może celowo, dwoją się i troją, żeby zdeterminowana niegdyś do obrony swojej tożsamości Europa opuszczała gardę coraz niżej. Ma się potulnie odsłaniać na ciosy nie tylko neokomuny czy islamu, ale wszystkich, którzy w imię "postępu" dążą do ostatecznej likwidacji chrześcijańskiego fundamentu cywilizacji łacińskiej. Bardziej przypomina to oczywiście drogę ku samounicestwieniu niż walkę. Wprawdzie przybyli z daleka "inżynierzy", "prawnicy" i "lekarze" wciąż "wzbogacają" Zachód kulturowo nowymi "incydentami", ale zasadniczo nie muszą się już tym trudzić, tylko raczej imigrować, pobierać zasiłki, rozmnażać się, demokratyzować, i wykazać jeszcze trochę cierpliwości.

Co do lewicy zaś, to teraz usuwają szczątki gen. Franco. "Na końcu będą chcieli usunąć krzyż wznoszący się nad mauzoleum" – przewiduje szef Fundacji im. Francisco Franco Juan Chicharro Ortega. I ciężko się nie zgodzić, bo tak już z lewicą jest. Nie spocznie, dopóki reszta świata nie ustąpi jej całkowicie, na każdym polu.

Fot. Agnieszka Radzik

Opublikował:
Grzegorz Grzymowicz
Author: Grzegorz Grzymowicz
O Autorze
Absolwent prawa UWM w Olsztynie. Autor na portalach wSensie i Publicystyczny
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.