wtorek
| 07 lipca 2020
Tomasz Cukiernik | 28 stycznia 2020

Zabierają mi to, co kochałem

Zabierają mi to, co kochałem

"W 100-lecie zaślubin Polski z morzem całe wybrzeże umiera" – mówi w rozmowie z Tomaszem Cukiernikiem Krzysztof Plewka ze Stowarzyszenia Armatorów Jachtów Komercyjno-Sportowych w Kołobrzegu, armator z Władysławowa, na temat sytuacji wędkarstwa morskiego.

Od 1 stycznia 2020 roku Unia Europejska zakazała połowów dorsza we wschodniej części Morza Bałtyckiego. Czy populacja dorsza w Bałtyku jest zagrożona?

Jak najbardziej. Populacja dorsza jest w tragicznej sytuacji. Boje pomiarowe wykazały, że w 2017 roku żywych larw było 2400, a w 2018 roku… dwie. Na to składa się parę czynników. Poza przełowieniem od 2013 roku mamy problem małego, chudego dorsza. Coraz mniejsze osobniki przystępują do tarła. Naukowcy stwierdzają, że w taki sposób ten gatunek chroni się przed wyginięciem. Cały problem z dorszem zaczął się kilkanaście lat temu i jest to wina wspólnej polityki rybackiej. Trzeci unijny plan odbudowy stada, podobnie jak wcześniejsze, skończył się klapą i jest coraz gorzej. Stado dorsza zostało załatwione politycznie. Naukowcy mówili: "tnijmy o 50%". A społeczność rybacka chciała łowić jak najwięcej. Unia obcięła o 20%. I te 30% to już było przełowienie stada podstawowego. I tak corocznie przeławiano. Ryby pelagiczne [takie, których tryb życia nie jest związany z podłożem – TC] zostały przełowione. Pierwszą taką oznaką, że źle się dzieje w środowisku, było wyginięcie organizmu o nazwie podwój, czyli wszy morskiej. To miało bardzo duże znaczenie dla tarła dorsza. To był wysokobiałkowy pokarm. Podwój zginął na większości obszarów. W tej chwili w okolicach Władysławowa jest cała masa dna morskiego, gdzie się w ogóle nie uświadczy dorsza.

Dlaczego Unia zbyt mało cięła limity?

Lobby rybaków krajów nadbałtyckich. Każdy krzyczał, że chce jak najwięcej łowić. Była też taka polityka, że kiedy w okresie ochronnym, łowiąc ryby pelagiczne, do sieci wpadło 5 czy 10 ton dorsza, zgodnie z unijnym prawem trzeba było je wyrzucić do morza.

A co powinno się zrobić z tym dorszem?

Nie było obszarów wyłączonych z trałowania i w pewnym momencie łowiono piękne ryby tarłowe. W skali Bałtyku jednego dnia potrafiono zmarnować kilkaset ton dorsza tarlaka. Anglicy sobie z tym poradzili. Stwierdzili, że to jest marnotrawienie zasobów morza i ryby złowione przy okazji łowienia innych gatunków przywozili do portów i nic złego się nie działo. Później UE zdecydowała, że rybak unijny też nie może wyrzucać tej ryby do morza, ale ma ją przywieźć do portu, przerobić, składować, Jednak nie dostawał za nią pieniędzy, a odliczano mu od puli, którą mógł złowić. Czyli następna paranoja.

Nie dość, że koszty, to bardziej sensowne było wrzucenie tych ryb z powrotem do morza…

Zmuszali rybaków do oszukiwania.

Ale Wielkiej Brytanii to nie dotyczyło jako członka UE?

Oni to sobie wynegocjowali. Ale rybacy przy łowieniu innych ryb kutrami trałowymi nawet bezwiednie zabijali larwy dorsza. Nasz minister wnioskował, aby pewne obszary morza powyłączać, ale nigdy nie spotkało się to z przychylnością Komisji Europejskiej. Polska miała większość dobrych łowisk dorszowych, ale ze względu na to, że weszliśmy do Unii, nagle Łotysze przeławiali naszą strefę ekonomiczną. Nagle na Bałtyku mieliśmy wyścig szczurów. Nie winię rybaków, bo mieliśmy flotę, która zajmowała się łowieniem dorsza na tzw. nety, czyli siatki stawne i kiedy z dorszem zaczęło się robić źle, mniejsze kutry się przezbroiły, stały się kutrami trałowymi, dlatego że zmusiła ich do tego ekonomia. Taka paranoja: wedle prawa unijnego na Bałtyku wschodnim był okres ochronny dla flądry, a na Bałtyku zachodnim tę samą flądrę z tego samego stada można było łowić w każdej ilości i przeznaczać ją na paszę.

Rybacy z jakich krajów łowili na polskich wodach?

Łotysze, Duńczycy, Finowie, Szwedzi. Po wejściu Polski do UE duże duńskie i szwedzkie jednostki, które mogły zabierać po 1000 ton ryby, zaczęły łowić w polskiej strefie. Nie mogły łowić w strefie krajowej, czyli 12 mil od brzegu, ale mogły w polskiej strefie ekonomicznej, czyli od 12 do 55 mil od brzegu.

Czyli polscy rybacy nie skorzystali na członkostwie w UE w sensie dostępu do łowisk innych krajów?

Łowili też w łowiskach innych państw UE, ale nie na taką skalę. Bilansując, to myśmy na tym stracili.

A co z innymi częściami Bałtyku?

W zachodniej i północnej części Bałtyku nie ma zakazu. Tam wędkarze rekreacyjni mogą łowić po 2 sztuki na osobę w okresie tarła lub 5 sztuk poza okresem tarła.

Czy za cztery lata dorsz się odrodzi?

Podczas spotkania w ministerstwie [Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – TC] dyrektor Morskiego Instytutu Rybackiego stwierdził, że nawet wprowadzenie 20-letniego zakazu, może nie przynieść żadnych skutków. Wiąże się to z tym, że kiedyś wlewy z Morza Północnego tej zasolonej, natlenionej wody były co roku. Teraz jest to raz na 10 lat. Brakuje zastrzyku tej życiodajnej wody. To jest powód naturalny, bo zmieniły się kierunki wiatrów. Jeżeli nas przyroda nie uratuje, to z Bałtykiem będzie bardzo źle. Ale mamy też problem z foką, która jest jednym z głównych czynników tego, co się stało z dorszem – jego wagą i masą. To jest ekoterroryzm. Zieloni chcą przywrócić populację foki z początku XIX wieku. Wtedy było na Bałtyku ok. 100-120 tysięcy fok. Ale nie bierze się pod uwagę, że w Bałtyku mamy kilkadziesiąt procent ryb mniej, czyli mniej pokarmu dla fok. Już teraz populacje foki na Bałtyku szacuje się na 60 tysięcy. Średnio foka spożywa między 9 a 11 kg ryby dziennie. I te foki już głodują. Kiedyś zarażonych pasożytem było 15 proc. dorsza, a teraz 85 proc. To jest od foki.

Krzysztof Plewka ze Stowarzyszenia Armatorów Jachtów Komercyjno-Sportowych w Kołobrzegu

Czy polscy rybacy są dyskryminowani czy też jednakowo traktowani z rybakami z innych państw UE w kwestii unijnych limitów połowowych?

Sytuację z dorszem najbardziej odczuli rybacy mali. W strefie przybrzeżnej dorsz zniknął.

W jakim zakresie wędkarstwo wpływa na populację dorsza?

Według badań Morskiego Instytutu Rybackiego wędkarstwo morskie odpowiada za pomiędzy 1 a 2 proc. kwoty przyznanej, a faktycznie jest to jeszcze mniej, bo nie ma w tym ujętej tej marnowanej ryby wrzuconej do morza. Faktycznie jesteśmy poniżej 1 proc. ryby, którą można było złowić.

Jak czytamy na stronie na temat Władysławowa, "wędkarstwo morskie w Polsce do tej pory było prężnie rozwijającą się branżą. Wielu armatorów brało kredyty lub inwestowało dorobek życia w zakup i niezbędne przeróbki kutrów wędkarskich. Często jednostka wędkarska to typowy rodzinny interes". Czy firmy wędkarskie nie mogą się przerzucić na inne ryby albo rejsy rekreacyjne bez wędkowania?

Możemy łowić wszystko, ale to klient musi do mnie przyjechać. Przede wszystkim musi być klient, który chce łowić daną rybę. Na świecie były wojny dorszowe: Nowa Funlandia, Islandia. Ludzie chcą dorsza, bo to jest smaczna ryba. Myśmy ożywiali wybrzeże. Bez nas robi się martwe. Nie będziemy mieli klientów na śledzia. W Gdańsku śledzia łowi kilka jednostek, ale to trwa tylko trzy tygodnie w roku. Nasze jednostki są technicznie przygotowane pod dorsza i 99,9 proc. ryb, które były poławiane, to byli klienci, którzy chcieli łowić dorsza. To rynek reguluje. Ja mogę chcieć wszystko, ale muszę mieć na to klienta, a klient chce łowić dorsza.

Co wynika z porozumienia zawartego w styczniu w ministerstwie gospodarki morskiej?

Minister rozłożył ręce i powiedział, że nie ma pieniędzy. Odpowiedziałem ministrowi, że my nie mamy pracy, a pieniądze musimy mieć na wszelkie opłaty, bo inaczej przyjdzie do nas komornik. Każdy ma jakieś tam oszczędności, ale na ile one starczą? W końcu ludzie pójdą do pracy i pojawią się dylematy: czy nakarmić komornika, zapłacić to postojowe czy nakarmić własne dzieci. Minister zobowiązał się pomóc. Do końca pierwszego kwartału mamy dostać informację i mają zostać przygotowane sprawy legislacyjne. Do 7 lutego minister ma podać kwotę pomocy, na jaką możemy liczyć. Od 2012 roku jeżdżę do ministerstwa, bo problemy branży zawsze były mniejsze lub większe. Ale co by nie mówić, to ministerstwo i minister Gróbarczyk był przychylny naszej branży. Załatwił sprawę stawki VAT, opłat za licencje, ale uzgodnienia w temacie dorsza mieliśmy już od około półtora roku, a po wyborach okazało się, że nic nie można. Byliśmy tym bardzo zawiedzeni. Teraz usłyszeliśmy, że jakieś środki pomocowe mają być uruchomione. Bo okazało się, że urzędnicy wnioski w naszej sprawie złożyli do Unii dopiero po naszym listopadowym proteście. Urzędnikowi unijnemu wydaje się, że rybołówstwo rekreacyjne to jest człowiek, który wyciąga wędkę i sobie łowi. A to jest nieprawda. 90 proc. rybołówstwa rekreacyjnego morskiego wywodzi się z pokładów naszych jednostek. Gdyby nie jednostki, nie byłoby rybołówstwa rekreacyjnego. Myśmy nigdy nie dostali żadnego wsparcia od nikogo w postaci ulgi czy dotacji. Parę jednostek wcześniej dostało pieniądze na zezłomowanie jednostki, ale 95 proc. tej branży to nie dotyczy. Był wpływ żywej gotówki w postaci podatków. W różnych formach płaciliśmy 17 podatków. Branża liczy ponad 20 lat, ale myśmy zagospodarowali rybaków, którzy zostali pozbawieni pracy, kiedy Polska weszła do Unii i wprowadzono cięcia limitów. Teraz niektórzy tracą pracę po raz drugi i to nie dlatego, że ja ich zwalniam, tylko decyzją polityczną. De facto dostałem zakaz pracy.

Za co mają być rekompensaty?

Za złomowanie jednostek. A to się łączy z tym, że odchodzimy z zawodu. Bo nikt nie przetrwa czterech lat tego zakazu, a może on zostać przedłużony.

Czyli te wszystkie inwestycje właścicieli w kutry poszły na marne…

Mało tego, niektórzy armatorzy są w sytuacji, że mają potężne kredyty. Jeden z armatorów zainwestował rok temu ponad milion złotych i miesięczna rata wynosi 12 tysięcy złotych. Zaryzykował i zrobił kapitalny remont kutra. Przebąkiwało się, że coś może być, ale tak drastycznego posunięcia nie spodziewaliśmy się. Rybacy komercyjni dostają kroplówki finansowe, a nas zostawiono całkowicie z ręką w nocniku. Te jednostki generują straszne koszty, nie mogą zarabiać, a nie są i nigdy nie były dotowane. Minister chce załatwić jednorazowe zlikwidowanie problemu. Mamy teraz taką piękną rocznicę, jak 100-lecie zaślubin Polski z morzem. A całe wybrzeże umiera, bo nie tylko my dostaliśmy po dupie, ale także te małe pensjonaty, mali producenci, kawiarnie, restauracje, stacje paliw, które funkcjonują poza tym głównym sezonem, który jest bardzo krótki. W weekend przyjeżdżało kilkaset osób na dorsza. Nie będzie opłat portowych, nie będziemy płacili podatków, choć z drugiej strony nie mieliśmy nigdy wsparcia nawet na poziomie lokalnym od burmistrzów. Ludzie wzięli sprawy w swoje ręce i stworzyli coś co dobrze funkcjonowało, masa ludzi z tego żyła. Kiedy Unia wprowadzała zakaz, kraje nadbałtyckie zobowiązywały się, że będą łagodzić skutki ekonomiczne i społeczne tego kryzysu. Niemieckie landy już wypłaciły pomoc swoim rybakom, Duńczycy podobno też. My też mamy obiecaną pomoc, ale nie wiemy, w jakim zakresie. Część firm na pewno będzie próbowało zostać na rynku z nadzieją, że będzie lepiej.

Perspektywa jest taka, że albo cała branża całkowicie zniknie, albo w najlepszym wypadku będzie mocno ograniczona…

Niech Pan spojrzy na to, co naukowcy podawali jeszcze pięć lat temu: że tu jest pięknie, idealnie, że mamy tak liczne stado na Bałtyku południowo-wschodnim. Naukowcy potrafią się też bardzo mocno mylić. Dwa lata temu była całkowita katastrofa, jeśli chodzi o dorsza zachodniego. Mówili, że jest na skraju wyginięcia. Po roku mamy cudowne odrodzenie populacji. Możemy liczyć tylko na to, że nas przyroda uratuje.

Z tego co wiem, była mowa o kwocie 150 mln złotych…

To jest postulat naszego sztabu kryzysowego. Z każdego portu w sztabie są dwie osoby, w tym przedstawiciele Stowarzyszenia Armatorów Jachtów Komercyjno-Sportowych z Kołobrzegu i Bałtyckiego Stowarzyszenia Wędkarstwa Morskiego z Darłowa. Na razie minister nic nam nie obiecał.

Z tego co wiem, problem dotyczy nie tylko branży, czyli około 350 osób, a z rodzinami pewnie ponad tysiąc, ale też branż współpracujących… Co ze sklepami wędkarskimi?

One już zbankrutowały. Te sklepy już są zamknięte. To są sklepy wyłącznie dorszowe, bo np. z portu we Władysławowie nie pływało się na inne ryby. To jest pogrzeb wybrzeża. My dostaliśmy zakaz, pensjonat dalej może przyjmować gości, ale będzie ich miał mniej albo wcale. Nie podniecajmy się Trójmiastem. Tu jest krew i sól. Ci starzy Kaszubi. To wszystko umiera. Zabierają mi to co kochałem. To był mój sposób na życie.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Agnieszka Radzik/Tomasz Cukiernik

Opublikował:
Tomasz Cukiernik
Author: Tomasz Cukiernik
O Autorze
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i komentator gospodarczy, a z zamiłowania – podróżnik. Autor czterech książek (m.in. „Dziesięć lat w Unii” i „Socjalizm według Unii”) oraz około tysiąca artykułów opublikowanych w polskiej prasie i Internecie.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.