niedziela
| 25 października 2020
Michał Budzyński | 29 stycznia 2020

Polak w Legii Cudzoziemskiej – wywiad z Markiem Kogutem

Polak w Legii Cudzoziemskiej – wywiad z Markiem Kogutem

Marek Kogut – były żołnierz 2 Pułku Cudzoziemskiego Spadochroniarzy Legii Cudzoziemskiej, ekspert ds. bezpieczeństwa, ochrony VIP oraz obiektów strategicznych. Sekretarz generalny Stowarzyszenia byłych żołnierzy i przyjaciół Legii Cudzoziemskiej w Polsce.

Michał Budzyński: Czym podyktowana była decyzja, aby służyć pod francuską flagą i jak wyglądała Twoja droga do Legii Cudzoziemskiej?

Marek Kogut: Na samym początku chciałbym podkreślić, że jest bardzo wielu byłych legionistów Polaków, którzy służyli dłużej niż ja, odbyli więcej misji, mają więcej medali etc. Przypadek sprawił, że poznaliśmy się i postanowiliśmy razem rozpropagować ideę naszego Stowarzyszenia byłych żołnierzy i przyjaciół Legii Cudzoziemskiej, którego mam honor być sekretarzem generalnym od września zeszłego roku. Legend i mitów nie mających nic wspólnego z rzeczywistością na temat Legii jest wiele. Obalmy je. Powodów, dla których ludzie przychodzą służyć w Legii, jest co najmniej tyle, ilu kandydatów. Często jest to chęć zmiany w swoim życiu. Wszystkiego. Czasami pieniądze, chęć przygody, miłosne rozczarowania etc. W moim przypadku to była mieszanka: rozczarowanie i zniechęcenie do studiów. Byłem wyrzucony dyscyplinarnie. Po roku przyjęto mnie z powrotem na SGPiS, ale zapał do nauki minął bezpowrotnie. Od małego trenowałem judo, nurkowałem, byłem harcerzem, skakałem na spadochronie. W pierwszym odruchu "buntu" chciałem iść do polskiego wojska, ale w głównym ośrodku badań lotniczych we Wrocławiu zapadła decyzja, że nie mogę skakać na spadochronie i droga do czerwonych beretów została zamknięta. Postanowiłem, że jeśli nie tam, to nigdzie! Podjąłem dorywczą pracę w Szwajcarii. Dzięki znajomej spotkałem się z weteranem Legii z Indochin, którego opowieści o Legii raczej zniechęcały, ale na mnie wpłynęły motywująco – zgodnie z dewizą "im ciężej tym lepiej". To była szybka decyzja. Wyjazd do punktu rekrutacyjnego w Strasburgu i początek niepewności: "przyjmą czy nie przyjmą". Przyjęli!

MB: Trudno się odnaleźć wśród wielu narodowości i kultur?

MK: Legia jest fenomenem na skalę światową. To miejsce, gdzie zjeżdżają się ludzie z całego świata. Setki indywidualistów. Trochę "wariatów", którzy dla swojej idei "fix", są w stanie zrobić dużo. Na przykład dwóch Ukraińców, którzy do Legii przyszli na piechotę ze swojej Ojczyzny, pokonując nielegalnie wszystkie granice. Faktycznie, Legia to miejsce, gdzie są ludzie z zupełnie innych planet, wszystkie religie, kolory skóry, przekonania etc. I po kilku miesiącach ta cała mieszanka staje się jednością. Oczywiście są konflikty między ludźmi, ale gdy dochodzi do sytuacji gdy ktoś z nas jest zagrożony, hasło "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" staje się faktem. Bodajże w 1996 roku kilku Djibutańczyków przejechało samochodem legionistę. Z premedytacją przejechali po nim kilka razy. Nie będę wymieniał jego nazwiska. Następnego dnia cała jego kompania, nasza kompania wyszła na miasto. Sceny jak z westernów. Bar, setka legionistów, jedna kolejka piwa, potem druga. W barze już nie ma innych klientów. Tylko legioniści. W powietrzu czuć napięcie. W pewnym momencie olbrzymi Serb rzuca butelką w bar. I tak kolejno, od jednego pubu do drugiego. Centrum zostało zdemolowane. Interweniowało wojsko, które otoczyło legionistów. Z naszych koszar przyjechała grupa interwencyjna. Jej szef "ujarzmił" naszą kompanię i ewakuował do koszar, bo groziło nam ostrzelanie przez miejscowych. Incydent dyplomatyczny. Afera międzynarodowa. Miesięczny zakaz wychodzenia z koszar. Pułkownik wzywa i... chwali nas za reakcję. Uzasadnienie? NIKT BEZ KONSEKWENCJI NIE BĘDZIE ATAKOWAŁ NASZYCH. Oszacowano straty, koszty zostały podzielone na wszystkich żołnierzy, oficerów. Nasze ekipy remontowe pomagały remontować. Większość właścicieli barów nieźle na tym zarobiła, ale był jeden wyjątek. Jeden z nich powiedział, że całkowicie rozumie naszą reakcję i poradzi sobie sam. Przez długi czas to był jedyny bar, gdzie legioniści przychodzili spędzać wolny czas. On bardzo szybko odrobił straty. Jeszcze długo po tym ekspanci przebywający w tym mieście mówili, że po tym zdarzeniu nastał spokój. Białe kobiety przestały być zaczepiane na ulicach. Nie było żadnych napadów na Europejczyków. Na kompani byli: murzyni, Arabowie, Afgańczyk, Polacy, etc. Wszyscy, "jak jeden" stanęli, by pomścić zmarłego kolegę i dać do zrozumienia, że "Białego Kepi" nie rusza się bez konsekwencji.

MB: Legia Cudzoziemska do niedawna utożsamiana była z najemnikami oraz ludźmi, którzy z różnych względów nie mogli pozostać w swoim kraju. Ile jest w tym prawdy?

MK: Legia cCudzoziemska jest integralną częścią armii francuskiej. Moje wypłaty pochodziły z budżetu ministerstwa obrony narodowej Francji. Poszczególne pułki Legii należą do korpusów armii wojska francuskiego. Wszystkie oddziały Legii Cudzoziemskiej administracyjnie podlegają pod generała dowodzącego Legią. Operacyjnie, poszczególne półki podlegają dowództwom większych związków taktycznych. Na przykład 2 REI jest częścią 6 Lekkiej Brygady Zmechanizowanej. W czasie mojej służby, mój drugi Cudzoziemski Pułk Spadochroniarzy należał do 11 dywizji spadochroniarzy, w której skład wchodziły wszystkie francuskie oddziały powietrzno-desantowe. Obecnie 11 Dywizja zamieniła się w 11 Brygadę Spadochroniarzy. Wielu nadal myśli, że do Legii może zaciągnąć się każdy. Od dawna już tak nie jest. Do lat 60-tych/70-tych XX wieku, żeby dołączyć do Legii, nie trzeba było mieć nawet dowodu osobistego. Dane nie były weryfikowane. Nikt nie pytał o przeszłość kandydata. Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Paszport jest warunkiem "sine qua non" do rozpoczęcia procesu rekrutacyjnego. Kandydat jest automatycznie weryfikowany. Czy nie jest ścigany w swoim kraju? Czy nie jest "na bębnie Interpolu"? Ja angażowałem się we wrześniu 1991 roku, wtedy na jedno miejsce było 10 kandydatów, teraz jest podobnie. Legia ma wybór. Wybiera ludzi, którzy nie są obarczeni "bagażem przeszłości". Jeśli w trakcie służby ktoś popełni jakieś przestępstwo, sądzony jest przez sądy cywilne. Jednym z najważniejszych elementów rekrutacji jest "przesłuchanie przez gestapo". Tak w naszym slangu nazywa się komórkę, która przesłuchuje kandydatów, zadając pytania na temat ich przeszłości oraz motywów, dla których chcą dołączyć do Legii. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości, złapaniu na kłamstwie, kandydat jest odsyłany. Wiele razy spotkałem się z kierowanymi pod naszym adresem słowami: "najemnicy", "zdrajcy". Na początek ten większy kaliber: "zdrajcy". Jest to słowo używane w odniesieniu do nas przez ignorantów, którzy nie mają pojęcia o Legii. Czy zdrajcą byli emigranci po powstaniu listopadowym, którzy tworzyli polską kompanię w Legii? Czy zdrajcą jest członek naszego Stowarzyszenia – Zygmunt Jatczak – powstaniec warszawski, odznaczony Krzyżem Walecznych, jeniec niemieckiego obozu, który po wyzwoleniu z obozu zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej i walczył w Indochinach? Czy zdrajcami są Legioniści – Polacy – którzy w ostatnich czterdziestu latach uczestniczyli praktycznie w tych samych misjach stabilizacyjnych co wojsko polskie? Takimi wspólnymi teatrami działań, jakimi w latach 90-tych były: Kambodża, Bałkany, Irak, Afganistan, Czad i inne kraje w Afryce. Te same operacje NATO, te same misje ONZ, te same medale. Stąd bierze się bardzo dobra współpraca naszego stowarzyszenia z Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa. Chociażby z własnego doświadczenia mogę dodać, że jako młody Legionista wyjechałem w grudniu 1992 roku do Sarajewa, jako sekcja ochrony Sztabu generalnego ONZ (nosiliśmy tam niebieskie berety a nie zielone). Wystarczyłoby zapytać polskich oficerów, obserwatorów ONZ pełniących wtedy służbę na Bałkanach lub polskiego policjanta z Trójmiasta, którego ochranialiśmy w czasie wymiany jeńcówi trupów. Drugi "epitet" przypisywany legionistom to "najemnicy", którym według słownika PWN określa się żołnierzy służących w obcym wojsku za pieniądze, zaś pogardliwie podejmujących się za pieniądze "usług niegodnych". W przypadku pierwszego znaczenia, można nas pod to słowo podciągnąć, ale drugie odpada z zasady. Legionista nie robi rzeczy niegodnych własnego munduru (jeśli taki przypadek się zdarzy, jest surowo karany przez Legię Cudzoziemską). Legia jest regularnym wojskiem i realizuje interesy państwa francuskiego, które od końca lat 80-tych są zbieżne z interesami Polski. Legionista kieruje się kodeksem honorowym, który wygłasza się w czasie uroczystego pierwszego założenia "kepi blanc" – będącym odpowiednikiem przysięgi w Wojsku Polskim. Legia nigdy nie zmusza swoich żołnierzy, by wbrew ich woli, występowali przeciwko ich własnemu krajowi. W przypadku Afgańczyków mogą oni np. odmówić wyjazdu na misję – bez konsekwencji. Znam przypadek, gdy Serb po wybuchu wojny na Bałkanach poszedł do raportu i został zwolniony z kontraktu, by udać się do swojej Ojczyzny i walczyć dla niej. 

MB: Jakie wymogi trzeba spełnić, aby stać się żołnierzem tej elitarnej jednostki wojskowej? Jak wygląda selekcja?

MK: Warunkiem koniecznym jest posiadanie dowodu tożsamości i paszportu. Nie można być poszukiwanym przez organy ścigania. Po spełnieniu powyższych warunków przechodzi się podstawowe badania lekarskie, ogólny test sprawnościowy, w tym test Coopera, test na inteligencję, który w przyszłości warunkuje możliwości kariery i awansu. Jak już mówiłem, najważniejsze jest "przesłuchanie na gestapo", gdzie oceniają profil psychologiczny kandydata, jego wiarygodność i motywację. Można powiedzieć, że opinia wystawiana po tej "rozmowie" decyduje. Kandydaci oraz ich zachowanie jest obserwowane w trakcie całej wizyty w siedzibie Pułku Legii Cudzoziemskiej. Zdarza się, że są odsyłani ze względu na złe zachowania w grupie. Jak w każdym zawodowym wojsku, nastawienie mentalne i motywacja są najważniejsze. Nie można nikogo zmuszać, by wbrew swojej woli był żołnierzem. Siłą Legii Cudzoziemskiej jest przede wszystkim determinacja ochotników. Szkolenie ma rozwijać determinację i umiejętność podejmowania decyzji. W Legii panuje system "D": "Démerde-toi" czyli "radź sobie sam". Masz zadanie i musisz je wykonać.

Po przejściu rekrutacji, wyjeżdża się do Castelnaudary, gdzie przez 4 miesiące odbywa się podstawowe szkolenie wojskowe wraz z intensywnym "wtłaczaniem domięśniowym" języka francuskiego. To tam kształtuje się żołnierza: jego determinację do wypełniania zadań, "Esprit de corps", uczy się tradycji, życia i działania w grupie. Po miesiącu szkolenia odbywa się pierwsze nałożenie "białego kepi" i przysięga w formie grupowej. Wydaje mi się, że najważniejsza jest nauka działania w grupie, zwłaszcza takiej, gdzie mamy do czynienia z mieszanką kultur, religii, przyzwyczajeń, ras. Kształci się umiejętność porozumiewania bez słów oraz osiągania kompromisów.

Jednym z większych wyzwań jest nauczenie się działania w grupie ludzi, można powiedzieć pochodzących z innych planet, inne rasy, kultury, religie, etc. Umiejętność porozumiewania się bez języka, wzajemne kompromisy. Służba w Legii – dzięki doświadczeniom – otwiera wiele drzwi w późniejszej karierze. Na koniec tego szkolenia przechodzi się wszechstronny test – w tym z języka francuskiego – który pozwala sklasyfikować wszystkich "kursantów". Zajęte miejsce w czasie testów warunkuje możliwość wyboru jednostki.

Najlepsi z reguły wybierają 2 REP czyli 2 Pułk Cudzoziemski Spadochroniarzy. We francuskiej armii relacje streszczają się do – pułków "rdzennie francuskich" oraz Legii Cudzoziemskiej. Z kolei w Legii Cudzoziemskiej – 2 REP i pozostałe pułki. Zresztą tak, jak w polskim wojsku. Odznaka spadochroniarska nobilituje. To ciężki staż. Wtrącę małą dygresję. Udało mi się skończyć szkolenie podstawowe z czwartą lokatą na prawie pięćdziesięciu ludzi. Przede mną było tylko trzech Francuzów (byłych żołnierzy). Wyjeżdżając z Castelnaudary otrzymałem "wyrok" od lekarza. Nie będę mógł iść do 2 REP'u z powodu kolan. Na tym etapie można bez konsekwencji zrezygnować z kontraktu. Swojemu szefowi powiedziałem, że skoro nie mogę służyć w 2 REP, to idę do cywila. Miałem szczęście, bo szef mnie lubił. W Aubagne wziął mnie do szefa medycznego Legii Cudzoziemskiej, który anulował decyzję z Castel. Dzięki temu mogłem dołączyć do wymarzonego pułku i ruszyć na upragnioną Korsykę. Promocję spadochroniarską ukończyłem na pierwszym miejscu, wyprzedzając tę trójkę, która w Castel była przede mną. 

Największym wzięciem oczywiście cieszą się pułki bojowe. Istnieją również jednostki organizacyjne i pomocnicze, podlegające dowództwu Legii Cudzoziemskiej. Jest także IILE – Instytut Inwalidów Legii Cudzoziemskiej. Każdy legionista, który honorowo służył do końca kontraktu, w przypadku poważnych trudności życiowych, może zwrócić się do tej instytucji. Tam znajdzie dach nad głową, godne życie, ale przede wszystkim – szacunek. Każdy ochotnik po przejściu rekrutacji odwiedza Farmę w Polyubiers i spotyka się z weteranami Legii Cudzoziemskiej. Na Lazurowym Wybrzeżu znajdują się też centra wypoczynkowe, gdzie legioniści – jeszcze w trakcie służby – mogą spędzić urlop, a weterani mogą przyjechać z rodzinami.

MB: Misje Legii często odbywały się w najkrwawszych konfliktach zbrojnych. Będąc na miejscu, nie sposób uniknąć wspomnień zbrodni wojennych oraz ludzkiego cierpienia. Można do tego przywyknąć, czy jednak obrazy wojny powracają mimo wszystko?

MK: W czasie misji w Sarajewie, oprócz ochrony VIP-ów, naszym zadaniem było eskortowanie konwojów z pomocą humanitarną do enklaw Bośniaków otoczonych przez Serbów. Zostało odnalezionych trochę materiałów dowodowych na bestialskie mordy, przypominające rzeź wołyńską na Polakach. W czasie wojny na Bałkanach okrucieństwo nie było specjalnością jednej ze stron. Bestialstwa przypadały na wszystkie strony konfliktu. Trupy, ich zmasakrowane ciała, nie robiły na mnie takiego wrażenia, jak tragedie żywych.

Pamiętam, jak pełniłem wartę przy zasiekach UNHQ. Minus 20 stopni. Podchodzi do mnie kobieta z noworodkiem na rękach. Była lekko ubrana. Daje mi znaki, że nie jadła od długiego czasu. Że nie ma pokarmu dla dziecka. Pamiętam też, jak ludzie ścinali wiosną ledwo wyrosłą trawę, żeby przygotować z niej coś do jedzenia. W takich przypadkach nigdy nie pozostawaliśmy obojętni. Staraliśmy się pomagać. Myślę, że żaden żołnierz nie pozostałby obojętny na taki widok. Przyznaję, że nierzadko "okradaliśmy" zasoby żywnościowe UNHQ. Marnowało się tego bardzo dużo. Jak przyjeżdżał konwój to część produktów – owoce czy mleko w proszku – zatrzymywaliśmy, a następnie w ponadpogramowych patrolach po mieście rozdawaliśmy tę żywność – głównie dzieciom. Po jakimś czasie zawarliśmy "pakt o nieagresji" z szefem kuchni. On mówił, co możemy brać, by kuchnia mogła nadal funkcjonować, a my już bez wyrzutów sumienia oddawaliśmy jedzenie bardziej potrzebującym. Nie potrafię jednak uciec od kilku obrazów wojny. Tak jak od widoku stadionu olimpijskiego w Sarajewie, zamienionego w gigantyczny cmentarz. To we mnie zostało.

MB: Niestety, nie ma wielu publikacji opisujących szczegółowo spektakularne misje żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, jak chociażby operacja Leopard w Kolwezi. Mógłbyś podzielić się jakąś historią?

MK: Niestety, jestem zbyt młody, żeby choćby marzyć o udziale w tej operacji. W Legii – a szczególnie w 2 REP-ie ta operacja jest legendą. Zna ją każdy. Operacja Leopard czyli skok naszych spadochroniarzy na Kolwezi w Zairze, gdzie ruszyliśmy na pomoc tysiącom Europejczyków. Nie sposób opowiadać szczegóły, ale polecam odwiedzenie strony internetowej naszego Stowarzyszenia: www.legia-cudzoziemska.pl. Ciekawostką jest to, że legioniści skakali po raz pierwszy na amerykańskich spadochronach ze względów logistycznych. Żołnierze otrzymali instrukcje tuż przed wejściem do samolotów. Kolejny bojowy desant miał miejsce dopiero w styczniu 2013 roku w Mali. Jedno z najbardziej krwawych wydarzeń XX wieku. Ludobójstwo w Ruandzie, którego żołnierze Legii Cudzoziemskiej również byli świadkiem. 

MB: Jak wygląda życie legionisty w czasie wolnym od szkoleń oraz realizacji zadań?

MK: Czas wolny? Nie licząc dodatkowych zajęć sportowych? Relaks na plaży, "reset mózgu", wyjścia do miasta, imprezy w kompani. Chociaż weekendy potrafią być intensywne, w poniedziałek rano każdy przebiec "swoje", choćby był na największym kacu. Legendą obrósł wyczyn naszego kolegi, który na starcie biegu pułkowego, stawił się nieco "wstawiony". Po wystrzale pobiegł... w przeciwnym kierunku. Legia uczy odpowiedzialności za to, co się robi. Możesz się bawić. Możesz się napić. Na stołówce, do posiłków serwuje się także piwo lub wino, ale w trakcie apelu o 14.00 oczekuje się od Ciebie 100–proc. sprawności. Jeśli komuś przydarzy się "mała niedyspozycja", kilkunastodniowy "detoks" w areszcie naprowadza na właściwą drogę. Kobiety? Któż nie znał "Loreny" w swoim czasie? Kto, będąc w Dżibuti, nie znał "Mamy Fanty", "Rondla" i "Kliniki"? Zwłaszcza ten drugi "przybytek". Dom publiczny funkcjonował na wyższych kondygnacjach budynku. Jeszcze całkiem niedawno w 3 REI, w Gujanie Francuskiej, funkcjonował w koszarach "pułkowy puf", gdzie nie płaciło się dziewczynom gotówką, a bonami nabywanymi w pułkowym sklepie. Kobiety były pod ciągłą opieką i kontrolą wojskowych lekarzy. Praca w Legii Cudzoziemskiej to zawsze 100 procent. Marsze, biegi, sport, walka, ale relaks też.

MB: Krążą legendy, że święta Bożego Narodzenia to w Legii czas wyjątkowo szczególny?

MK: Boże Narodzenie to najważniejsze święto w Legii Cudzoziemskiej. Żaden legionista nie dostaje urlopów w tym czasie. Wyjątkiem są długie, 3-miesięczne urlopy po dwuletnich pobytach "za morzami". Mniej więcej od polowy grudnia, trwają przygotowania. Na sekcjach opróżnia się jeden pokój, by zrobić w nim bar. Tradycją jest budowanie sekcyjnych, kompanijnych szopek bożonarodzeniowych. 25 grudnia, przedstawiciele lokalnych władz odwiedzają koszary. Cywile decydują, która szopka jest najładniejsza. Wieczór wigilijny to Msza św., uroczysta kolacja z dowódcami. Szefowie sekcji rozdają prezenty wszystkim legionistom. Przygotowywany jest program kabaretowy, podsumowujący zdarzenia z kończącego się roku. Oficerowie, podoficerowie – nawet ci mający na miejscu rodziny – spędzają wieczór wigilijny w koszarach. W taki sposób solidaryzują się z przybyłymi do Legii żołnierzami z całego świata, będącymi daleko od swoich rodzin. Mówi się "Legio Patria Nostra" – "Legia Ojczyzna Nasza". W trakcie świąt Bożego Narodzenia czuje się naprawdę, bardzo mocno, że Legia jest rodziną. Mimo wszystko zawsze tęskniłem za prawdziwie polskimi świętami. Mam anegdotę związaną z Bożym Narodzeniem w Dżibuti. Absolutnie nie mam zdolności muzycznych. Uwierzcie, że kompletnie żadnych. Do tego stopnia, że w trakcie szkolenia podstawowego miałem zakaz śpiewania w szeregu. Miałem tylko ruszać ustami. W Dżibuti kapitan wyznaczył mnie, jako odpowiedzialnego za chór, z którym mieliśmy wykonać "Cichą Noc" w tylu językach, w ilu się dało. Pamiętam, jak dzwoniłem do mamy z budki telefonicznej, a ona dyktowała słowa kolędy. Udało się! Zaśpiewaliśmy w kilkunastu językach. Ja oczywiście tylko ruszając ustami. Podobno wyszło bardzo dobrze.

MB: Czy to prawda, że Legia nigdy nie zapomina o swoich żołnierzach i dba o "swoich"?

MK: W strukturze Legii wyróżniają się dwie instytucje; Instytut Inwalidów Legii Cudzoziemskiej i Dom Legionisty. Jeśli zdarzy się komuś, kto honorowo wysłużył swój kontrakt, że znajdzie się w trudnej sytuacji, to może zwrócić się do Legii o przyznanie mu miejsca. Ma zapewniony dach nad głową, opiekę medyczną i miejsce pracy. Godne życie. Razem ze mną służył Mariusz Nowakowski. Miałem honor służyć z nim służyć. Przyleciał z całym pułkiem, by chronić lotnisko w Sarajewie. Został ciężko ranny. Amputacja nogi. Można obejrzeć o nim film dokumentalny pod tytułem "Rogate dusze". Po wyjściu z Legii, po zawirowaniach w życiu prywatnym, Mariuszowi było naprawdę ciężko. Teraz ma dom niedaleko 1 RE. Czynni żołnierze zaproponowali mu pracę w "kepi blanc". Jego historia i upór były impulsem do stowarzenia ustawy "Francais par le sang verse", dzięki której wszyscy żołnierze Legii Cudzoziemskiej – jeśli przeleją krew za Francję – automatycznie otrzymują obywatelstwo francuskie. Legia naprawdę nie zapomina o swoich.

MB: Jak służba w Legii wpłynęła na Twoje życie? Zarówno prywatne, jak i zawodowe?

MK: Służba w Legii jest więcej niż interesująca, ale jest ona również "wytrychem" otwierającym drzwi do ciekawej pracy po zakończeniu kontraktu. Umożliwia pracę dla dużych firm ochroniarskich w Iraku czy Afganistanie. Znam wielu kolegów, którzy pracują w ochronie dla naftowo-gazowych gigantów czy w kopalniach diamentów w Afryce. Oprócz nauki języków, służba w Legii daje okazję do poznania innych kultur oraz adaptacji do wszelkich warunków. Uważam, że większość z nas to specjaliści od "hearts and minds". Potrafimy zdobyć szacunek u "lokalsów". Żołnierze sił specjalnych np. w Polsce – mogą być technicznie znacznie lepsi od nas, ale ilu z nich włada biegle kilkoma językami? Ilu z nich ma doświadczenie w rozmowach z autochtonami z wioski na środku dżungli? Ilu z nich poznało mentalność i sposoby "podejścia" do autochtonów, zbliżenia się do nich, zdobycia ich zaufania? Bez wątpienia, Polacy należą do elity w Legii. Według mnie, potrafimy sobie znakomicie radzić. Zaciągnąłem się do służby w 1991 roku i nigdy nie miałem żadnych kompleksów wobec innych nacji. Z perspektywy czasu oceniam, że Legia Cudzoziemska otworzyła mi drzwi, dała możliwość wykonywania pracy, którą lubię. Uważam również, że byli Legioniści są niezwykle cenni dla naszej ojczyzny. Nasze umiejętności, kontakty, mogą być przydatne służbom. Gdy wróciłem w 1998 roku, starałem się dostać do służby w ówczesnym UOP-ie korzystając ze znajomości kolegi, który tam pracował. Chciał mi pomóc, ale zderzył się ze ścianą. "Za duże ryzyko. Może to francuski szpieg?". Od tego czasu dużo się zmieniło. Na lepsze, ale może być jeszcze lepiej. Mamy "swoich ludzi" na całym świecie. Można ich wykorzystać dla dobra Polski. Szczególnie biznesmenom, którzy planują inwestycje w Afryce. Mamy tam duży, niewykorzystany potencjał. Jesteśmy tam mile widziani. Głównie dzięki bardzo ciężkiej pracy polskich misjonarzy. W Kongo miałem łatwiej, bo w rejonie gdzie byłem wcześniej, pracował polski misjonarz. Ludzie go pamiętali. To on stworzył u nich stereotyp Polaka, jako dobrego człowieka. 

MB: Czy po służbie w Legii nie brakuje Ci wojskowego trybu życia, adrenaliny?

MK: Czasem zdarzają mi się sny, że wracam do Legii, ale budzę się i jestem bardzo zadowolony z tego, co mam teraz. Najważniejsza jest rodzina: żona i syn. Ukończyłem 50 lat, nadal spędzam czas aktywnie, jestem w dobrej formie. Biegam, maszeruję, spędzam czas z workiem bokserskim, trenuję regularnie z instruktorem, staram się trzymać formę na basenie. Mam szczęście, bo pracuję 15 dni, a następnie 15 dni jestem w domu. Pracuję tylko 2500 km od domu. Kilka lat wcześniej pracowałem w systemie – 6 tygodni w pracy, 6 tygodni w domu – 9000 km od domu. To było szczególnie trudne dla dorastającego syna. Staram się regularnie strzelać. Wiele razy uczestniczyłem w misjach antypirackich, gdzie pracowaliśmy cały czas z bronią. Mam plan, żeby zostać myśliwym.

MB: Czy w kraju miałeś kiedykolwiek jakieś kłopoty z powodu służby w Legii Cudzoziemskiej?

MK: Nie znam przypadku, żeby po zakończeniu kontraktu ktoś miał problemy prawne związane ze służbą w Legii. Od 2007 roku, kiedy to doszło do porozumienia pomiędzy ministrami obrony narodowej Francji i Polski, nasze Stowarzyszenie działa legalnie w Polsce i mamy swój numer KRS. Będąc w Sarajewie nasze listy szły przez pocztę polową Wojska Polskiego. Jeśli chodzi o zakaz służby w obcym wojsku, to w stosunku do legionistów nie stosuje się go w praktyce.

MB: Legia Cudzoziemska jest aktualnie integralną częścią NATO oraz armią kraju będącego w Unii Europejskiej. Czy w związku z tym, od strony polityczno-administracyjnej, zmieniło się podejście naszych władz do tej struktury wojskowej, jak również Polaków w niej służących?

MK: Tak jak wcześniej pisałem, zdecydowanie tak. Od 2007 roku Stowarzyszenie byłych żołnierzy i przyjaciół Legii Cudzoziemskiej działamy legalnie na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, jako wynik rozmów ministrów obrony narodowej Francji i Polski. Działamy pod patronatem Ambasady Francji w Warszawie i uczestniczymy w organizowanych przez nią imprezach. Asystowaliśmy przy nadaniu Legii Honorowej członkowi naszego Stowarzyszenia Zygmuntowi Jatczakowi. Obecnie bardzo dobrze współpracujemy z Centrum Weterana Misji Poza Granicami Kraju. Mamy plany, żeby we wrześniu otworzyć wystawę "Polacy w Legii Cudzoziemskiej". Dwa lata temu zorganizowaliśmy taką wystawę w Muzeum Wojska Polskiego w Poznaniu. To był precedens.

MB: Jakie są podstawowe cele statutowe oraz czym się zajmuje Stowarzyszenie byłych żołnierzy i przyjaciół Legii Cudzoziemskiej w Polsce?

MK: Celem Stowarzyszenia jest: podtrzymywanie tradycji Legii Cudzoziemskiej, integrowanie byłych legionistów w duchu koleżeństwa i solidarności, utrzymywanie kontaktów ze stowarzyszeniami kombatanckimi, w szczególności ze stowarzyszeniami byłych legionistów, a także pomoc socjalna, materialna i moralna dla byłych legionistów. Zajmujemy się także pomocą w znalezieniu pracy przez byłych legionistów, pomocą prawną związaną z rentami, emeryturami oraz świadczeniami zdrowotnymi.. Stowarzyszenie działa też na rzecz zmiany uregulowań prawnych dotyczących możliwości przyjmowania służby w obcym wojsku przez obywateli polskich i promowania pozytywnego wizerunku Legii Cudzoziemskiej. 

Dodatkowo asystujemy z naszym sztandarem przy pogrzebach polskich legionistów w Polsce i w miarę możliwości staramy się pomagać rodzinom w kwestiach formalnych. Raz do roku, upamiętniając Bitwę pod Camerone w 1863 roku, organizujemy spotkania w różnych miejscach w Polsce. W tym roku w Warszawie uczestniczyła w nim rodziny poległych: Konrada Rygla (Afganistan 2010) i Bohusza Pochylskiego (Irak 2018). Chcemy rozpropagować Stowarzyszenie w świecie biznesu, wśród ludzi, którzy chcą robić interesy w Afryce i chcą tam jeździć. Mamy naprawdę dobre kontakty w tamtym regionie.

MB: Jak zostać przyjacielem Legii i wstąpić do Waszego elitarnego stowarzyszenia?

MK: Jeśli znamy jakiegoś żołnierza Legii Cudzoziemskiej, można skontaktować się przez niego z zarządem, opłacić składkę (na razie 50 zł rocznie, od przyszłego roku 100 zł). Nie znając żadnego legionisty? Możliwy jest kontakt przez naszą stronę internetową: www.legia-cudzoziemska.pl. Chcemy stworzyć wokół niego grupę sympatyków i sponsorów. W zamian za taką pomoc, będziemy niedługo organizować wyjazdy połączone z odwiedzinami koszar. W kwietniu przyszłego roku przygotowujemy dużą imprezę na południu Polski – kolejną rocznicę bitwy pod Camerone. Mamy nadzieję, że odwiedzi nas dużo gości.

MB: Dzięki za rozmowę i powodzenia na stażu łowieckim.

MK: Ja również dziękuję i pozdrawiam wszystkich Czytelników portalu wSensie.pl

Fot. Archiwum prywatne/Michał Budzyński/ wSensie  


wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.