niedziela
| 29 listopada 2020
Tomasz Cukiernik | 26 marca 2020

Powrót z Rosji w czasach zarazy

Powrót z Rosji w czasach zarazy

Kiedy 6 marca wyjeżdżaliśmy z Polski, dopiero zaczynała się panika związana z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Miałem nadzieję, że pod koniec miesiąca, kiedy zaplanowaliśmy powrót, sytuacja będzie bardziej jednoznaczna i to raczej w tym pozytywnym kierunku. Niestety, powrót musieliśmy przyspieszyć o osiem dni.

Ale po kolei.

Na początku marca media w ogóle nie mówiły, że w Rosji są jakiekolwiek przypadki koronawirusa. Na spokojnie zwiedzaliśmy Irkuck, Listwiankę, a potem wyspę Olchon na Bajkale. Jednocześnie codziennie czytaliśmy coraz bardziej alarmujące wiadomości z Europy Zachodniej – o kolejnych tysiącach zarażeń i dziesiątkach lub nawet setkach zgonów w kolejnych krajach Starego Kontynentu. Jeszcze w połowie marca mieszkańcy Syberii byli pewni, że epidemia do nich nie dotarła.

– Nie, tu nie ma żadnego koronawirusa

– śmiała się 15 marca pracownica jednej z baz turystycznych we wsi Chużyr na Olchonie.

I to mimo przyjazdów kolejnych turystów z Europy czy Japonii.

Ludzie mówią różne rzeczy

Był to dzień, kiedy polskie władze zamknęły granice dla obcokrajowców, wstrzymały loty i ogłosiły program "LOT do domu". Dowiedzieliśmy się także, że po powrocie będziemy musieli przejść obowiązkową 2-tygodniową kwarantannę w domu. Ale nie planowałem zmieniać naszego lotu powrotnego, który wykupiony był na 28 marca. No bo skoro na Syberii nie ma zarazy, a w Polsce jest, to przecież lepiej zostać tutaj dłużej. Tym bardziej, że w kraju – jak czytaliśmy na Internecie – narastała histeria oraz wykupywano artykuły spożywcze i higieniczne w sklepach, których coraz bardziej zaczynało brakować, a tutaj wszystko działało normalnie, nie było paniki, nic nie wykupywano ze sklepów, normalnie działała komunikacja autobusowa.

Jednak kiedy dzień później wróciliśmy z Olchonu ponownie do Irkucka, w mieście po raz pierwszy na ulicach zaczęli pojawiać się ludzie z maseczkami na twarzy. Na razie było ich niewielu, ale byli. Kobieta, która wiozła nas do wynajmowanego apartamentu, również była zaniepokojona.

– Boję się tego koronawirusa

– mówiła Rosjanka.

– A wy się nie boicie?

– pytała.

Ponieważ sytuacja zaczęła się zagęszczać, postanowiłem skonsultować nasze położenie w Konsulacie Generalnym Rzeczypospolitej Polskiej w Irkucku, tym bardziej, że znajdował się on zaledwie dwie przecznice od wynajmowanego apartamentu. Wejście do kamienicy, w której zlokalizowano także inne biura, odbyło się bez problemów. Natomiast przed samymi drzwiami konsulatu sprawdzał moje dokumenty rosyjski mundurowy. Nie była to jednak długa procedura i mogłem wejść do środka. Przedstawiłem naszą sytuację pracownikowi konsulatu, który choć niedokładnie wiedział, jak wygląda sytuacja na niektórych przejściach granicznych, to poradził, by jak najszybciej wracać do Polski, bo wkrótce może się to okazać niemożliwe.

– Oficjalnie w Irkucku nie ma koronawirusa, ale nieoficjalnie ludzie między sobą mówią różne rzeczy

– powiedział pracownik konsulatu.

Był to okres, kiedy kolejne linie lotnicze zawieszały część swoich połączeń, a kolejne kraje zamykały swoje granice. My jednak jak na razie nie dostaliśmy z Aeroflotu żadnych informacji o wstrzymaniu naszego lotu na trasie Irkuck-Moskwa-Berlin (kupiłem bilety z wylotem z Berlina, bo były kilkaset złotych tańsze niż z Warszawy). Mimo to zdecydowałem o rezygnacji dalszej eksploracji Syberii (w planach było jeszcze egzotycznie brzmiące miasto Ułan Ude oraz Dolina Tunkińska) i posłuchałem rady pracownika konsulatu. Poszedłem do biura Aeroflotu w Irkucku (kilka przecznic od polskiej placówki), by przesunąć lot na wcześniejszy termin (chętnie zostałbym na Syberii dłużej – miesiąc czy dwa, aż się skończy epidemia, tym bardziej że rosyjski rubel w bardzo krótkim czasie mocno stracił na wartości i mając euro, byliśmy nagle o 15 proc. bogatsi, ale problemem był brak rosyjskiej wizy, a nie było co liczyć na jej przedłużenie). W środku było czarno od ludzi. Byłem może dziesiąty w kolejce, a po 15 minutach za mną już stało kolejnych dziesięć osób. Wyglądało to jak w głębokiej komunie, bo otwarte były zaledwie dwa stanowiska (podobnie na dworcu autobusowym w Irkucku, gdzie działała tylko jedna kasa biletowa, a kolejka na kilkadziesiąt minut stania). Pozostałe pracownice biura Aeroflotu chodziły tam i z powrotem z kawą i herbatą. Ostatecznie w kolejce czekałem "tylko" godzinę. Za stosunkowo niewielką kwotę o równowartości 350 złotych udało mi się przesunąć powrót dwóch osób do Berlina z 28 na 20 marca.

Konsularna "pomoc"

No ale nadal nie było pewności, że samolot poleci, szczególnie ten z Moskwy do stolicy Niemiec. W tym czasie znajomy wracał drogą lądową z Rumunii do Zakopanego i nie został wpuszczony ani na Ukrainę, ani na Słowację, ani do Czech i wracał przez Węgry, Austrię i Niemcy. W rezultacie zamiast 500 km przejechał… 2500 km! Wiedziałem, że granica z Ukrainą jest zamknięta, ale trzeba było szukać jakiegoś planu B. Nic nie zapowiadało, że byłby problem z samolotem z Irkucka do Moskwy, więc myślałem, jak alternatywnie wrócić z Moskwy drogą lądową (LOT nie przewidywał wtedy jeszcze samolotu z Moskwy w ramach akcji wspartej pieniędzmi podatników; potem w ramach tego programu do Polski wróciła m.in. grupa z biura podróży Szerokie Tory). Najkrótsza droga przez Białoruś odpadała, bo nie mieliśmy wiz tego kraju. Dowiedziałem się też, że prawdopodobnie zamknięte są również granice Łotwy i Litwy, ale nie miałem pewności, bo być może dla obywateli Unii Europejskiej są otwarte – tak jak to zrobiły Niemcy, wpuszczając wyłącznie mieszkańców UE. Pojawiały się też sprzeczne informacje w kwestii funkcjonowania transportu autobusowego z i do Polski, a my mieliśmy wykupionego z Berlina Flixbusa (bez problemu można było przesunąć termin przejazdu). Postanowiłem więc spytać o to wszystko w ramach informacji konsularnej MSZ. Na specjalną infolinię MSZ nie dało się dodzwonić. Wysłałem więc mail. Odpowiedź przyszła po dwóch dniach, ale całkowicie… nie na temat. Pytałem m.in., czy będzie możliwość powrotu z Berlina do Polski lub ewentualnie lądowego przejazdu z Moskwy do Polski przez Łotwę i Litwę i którędy najlepiej radzą zorganizować ten powrót?

Odpowiedź Centrum Informacji Konsularnej Departamentu Konsularnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych brzmiała:

"Polacy podróżujący busami i autobusami będą mogli bez przeszkód wrócić do Polski. Kategoria pojazdów dopuszczonych do ruchu na przejściach granicznych zostanie poszerzona o busy i autobusy. Ruch osobowy na granicy będzie dotyczył nie tylko aut osobowych, ale również busów i autobusów. Obywatele RP, oraz wszystkie inne osoby, których nie dotyczy zakaz wjazdu, bez problemu wjadą do Polski. Zostaną poddani kontroli sanitarnej i zarejestrowani, podobnie jak osoby podróżujące autami osobowymi. Wszyscy otrzymają także informację o obowiązku poddania się 14-dniowej kwarantannie. Kwarantanna nie będzie dotyczyła kierowców".

To wszystko.

Tak więc w mailu zabrakło informacji na temat ewentualnej alternatywnej drogi lądowej z Moskwy. Nie wiedzieliśmy też, czy pojedzie nasz Flixbus z berlińskiego lotniska, bo choć nie otrzymaliśmy od przewoźnika informacji o anulowaniu przejazdu, to w Internecie pisano, że autobusy nie jeżdżą. Na wszelki wypadek szukaliśmy alternatywy. Pociągi jeździły tylko na terenie Niemiec, więc można nimi było dojechać do granicy. Trudno było się dowiedzieć, czy funkcjonują inne autobusy albo chociaż te jeżdżące od niemieckiej granicy. Ostatecznie rozwiązaniem okazał się Blablacar. Jednak pierwszy oferent bez wyjaśnień anulował naszą rezerwację. Drugi – pracujący w Berlinie Polak – po akceptacji rezerwacji i trzech rozmowach telefonicznych, w których uzgodniliśmy szczegóły – również odwołał nam przejazd, pozostawiając na lodzie jeszcze jednego Polaka, który przez Berlin wracał do Polski z Irlandii. Prawdopodobnie chodziło o to, że z naszego powodu nie chce odbywać 2-tygodniowej kwarantanny. Ostatecznie udało się zarezerwować trzeci – ostatni istniejący przejazd, również Polaka, który pracował w Berlinie jako kurier i na weekend wracał do domu. W związku z tym, że pracował jako kierowca, nie obowiązywała go kwarantanna.

Obowiązkowa kwarantanna

W końcu także w Rosji zaczęto wprowadzać procedury przeciwko epidemii. 18 marca zakazano wjazdu cudzoziemcom, zamknięto szkoły na trzy tygodnie, choć na ulicach i w sklepach wszystko nadal wyglądało normalnie (np. paczki mokrych chusteczek do przetarcia rąk były łatwo dostępne i kosztowały zaledwie 50 groszy). W telewizji nie było histerii, a pokazywano prezydenta Władimira Putina, jak był oprowadzany po świetnie działającym centrum antykryzysowym w Moskwie i udzielał pracownikom swoich cennych rad. Dzień później w Irkucku nadal otwarte były targowiska, hipermarkety i galerie handlowe. Wszędzie pełno klientów. Informowano wtedy o kilkudziesięciu zakażonych, głównie w Moskwie.

Nasze loty z Irkucka do Moskwy i z Moskwy do Berlina odbyły się bez żadnych problemów. O ile na irkuckim lotnisku niewiele osób miało maseczki ochronne na twarz, to już w moskiewskim porcie lotniczym w maseczkach chodziła może i połowa pasażerów. Jednak ani w Irkucku, ani w Moskwie, ani w Berlinie nie sprawdzano ani temperatury, ani niczego innego pod względem medycznym. Jedynie dokumenty i standardowe procedury lotniskowe. Również w samolotach nie zauważyłem żadnych dziwnych praktyk. I o ile lotnisko Szeremietiewo w Moskwie było pełne ludzi (podobnie jak oba samoloty Aeroflotu) i wszystko funkcjonowało normalnie (także kapsuły do spania), to już na lotnisku Schoenefeld pod Berlinem były pustki i zamknięte kawiarnie.

Już w Berlinie odczytałem mail od Flixbusa, że nasz autobus z powodu rozprzestrzeniania się Covid-19, mając na uwadze bezpieczeństwo pasażerów i kierowców, został anulowany. Na szczęście, kierowca z Blablacara przyjechał po nas zgodnie z ustaleniami. I dopiero na pustej niemiecko-polskiej granicy w Zgorzelcu zobaczyliśmy coś niestandardowego. Przed maskę naszego samochodu wyskoczył ufoludek – człowiek cały ubrany w dziwny kosmiczny kombinezon i maskę gazową. Zbadał nam temperaturę na odległość i kazał się nam (poza kierowcą) zarejestrować w celu kwarantanny. W budce pobrałem formularze "karta pasażera", które wypełniliśmy (trzeba było podać adres pobytu i dane kontaktowe). Otrzymaliśmy jeszcze ulotkę z logiem Ministerstwa Zdrowia i Państwowej Inspekcji Sanitarnej z informacją, co wolno, a czego nie wolno robić w czasie kwarantanny. Ale nie sprawdzono nawet naszych dokumentów, czy wpisane dane są prawdziwe. Zresztą poza kilkoma osobami, które zajmowały się tymi procedurami administracyjno-medycznymi, nie widziałem na przejściu granicznym żadnego funkcjonariusza Straży Granicznej czy policji. Nie dostaliśmy też żadnego pisemnego potwierdzenia, do kiedy dokładnie obowiązuje nas kwarantanna – żeby mieć dowód dla kontrolujących służb. Uzyskałem tylko ustną informację, że podczas kwarantanny mogę wychodzić na własny ogródek i mogę potwierdzać listonoszowi odebranie listu poleconego, ale nie mogę wyjść z psem na spacer, nawet gdybym na spacerze nie kontaktował się z nikim innym.

Po powrocie do domu rozpoczęliśmy kwarantannę. Z informacji internetowych dowiedzieliśmy się, że osoby na kwarantannie są sprawdzane co najmniej raz dziennie, a za jej złamanie kary finansowe są wysokie. Czekaliśmy więc z niecierpliwością na kontrolę policji. Pierwszego dnia po powrocie funkcjonariusze jednak się nie pojawili, drugiego również. Pomyśleliśmy, że może to z uwagi na weekend i przyjdą w poniedziałek. Jednak szczęśliwie mija środa, czyli piąty dzień po powrocie, a kontroli nadal nie ma. Dopiero w środę popołudniu otrzymałem aż trzy esemesy z prośbą o zalogowanie się do rządowej aplikacji "Kwarantanna domowa", bo "program ułatwia przeprowadzenie obowiązkowej kwarantanny – bez wizyt policji". Jednak z uwagi na stan mojego starego i zepsutego telefonu nie zamierzam niczego na nim instalować.

Co więcej, wydaje się, że także inne procedury nie są przestrzegane.

– Do czasu zakończenia okresu izolacji korespondencja kierowana pod adresy objęte kwarantanną będzie przechowywana w placówkach pocztowych, bez próby doręczenia. Rozwiązanie to oznacza wyjątkowe wstrzymanie biegu terminu awizacji w okresie przechowania. Podjęcie próby doręczenia przesyłki nastąpi dopiero po zakończeniu kwarantanny przez adresata

– mówiła PAP Justyna Siwek, rzeczniczka Poczty Polskiej.

Nie jest to prawdą, bo i w poniedziałek, i we wtorek listy na mój adres zostały normalnie wrzucone do skrzynki pocztowej. Czy w podobny sposób w całej Polsce przestrzegane są inne procedury walki z koronawirusem?

Ale zimowy Bajkał, zamarznięty nawet do półtora metra, po którym jeździ regularna komunikacja autobusowa, jest jedyny w swoim rodzaju!

Fot. Agnieszka Radzik/Tomasz Cukiernik

Opublikował:
Tomasz Cukiernik
Author: Tomasz Cukiernik
O Autorze
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i komentator gospodarczy, a z zamiłowania – podróżnik. Autor czterech książek (m.in. „Dziesięć lat w Unii” i „Socjalizm według Unii”) oraz około tysiąca artykułów opublikowanych w polskiej prasie i Internecie.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.