sobota
| 17 listopada 2018

Tytuł tego artykułu nie jest mój – zawdzięczam go poznańskiemu blogerowi Brixenowi, którego nie znając, serdecznie pozdrawiam. I przyznaję się, że jestem wiernym, wieloletnim czytelnikiem przygód rodziny Hiobowskich z jego bloga "Świat za pięć lat". Jednak żaden tytuł nie byłby równie adekwatny do tematyki, którą w poniższym felietonie zamierzam poruszyć. A tematem jest niewypowiedziana agresja osób, które rzekomo są fajne i tolerancyjne – czyli wszelkich wegetarian, wegan, frutarian i innych odmieńców żywieniowych. Od razu zastrzegam, że nie wszystkich.

W swoim życiu spotykałem kwiat różnorodności gastrofazowych popaprańców. Mających najróżniejsze koncepcje co do właściwego posiłku. Dobrze, jeśli tylko do swojego. Znam pewną uroczą wegankę  dziewczynę wyjątkowej urody i pewnie dlatego Pan Bóg mózgu już nie dał, żeby w życiu nie dostała za wiele (jak głosi stare polskie przysłowie ludowe – "Po to Pan Bóg nie dał świni rogów, bo by gryzła i bodła"). Szczerze powiem – była tak urodziwa, że rozważałem nawet udawanie przez jakiś czas wegana i abstynenta alkoholowego, żeby się tylko ze mną związała. Któraż to dziewoja do przejścia na weganizm, traktowany przez nią niczym religia, próbowała zmusić swojego pierwszego męża oraz psa. W efekcie mąż się z nią rozwiódł (pomimo zjawiskowej urody i rzekomo wysokiej klasy w ars amandi), a pies zdechł. Mimo to ona pozostała twardo przy swoim weganizmie. Powiem więcej – z czasem się nawet zradykalizowała. Później dorobiła się kolejnego psa i kolejnego faceta. Ludzki samiec dał się dość łatwo sterroryzować.

Pamiętam, jak wyszedłem z ich wesela, zabierając ze sobą nieoddaną młodej parze kopertę, po tym, jak okazało, że nie ma żadnego alkoholu, a wszystkie dania są wegańskie. Co do drugiego psa – straciłem przyjaźń dziewczęcia przez swoje wyszukane poczucie humoru. Ponieważ przy każdej wizycie zabierałem ze sobą jakąś grubą kiełbasę i po cichu podrzucałem ją pieskowi. Był takim weganinem, że mało dywanu razem z plastrem kiełby nie zeżarł. Później, gdy zostałem z owego domu wypędzony (niczym młoda Erika Steinbach z rodzinnej Gdyni), pozostało mi jedynie przerzucanie pieskowi produktów mięsopodobnych przez ogrodzenie. Do czasu, kiedy z tego powodu wezwała jednocześnie Policję i Straż Miejską. To dopiero był cyrk. Ta bezmózga bździągwa pasiasta oskarżyła mnie o próbę otrucia jej "Bubu", czy "Mubu". Pominę imię, które pasuje do psa, jak Zygfryd, czy Mordechaj do prawdziwego Polaka. W końcu oba patrole się zawinęły, a funkcjonariusze popukali się w czoło, kiedy przy nich pożarłem resztę dowodów rzeczowych na trucie czworonoga. Mówiąc, że skoro mi nie zaszkodzi ta padlina, to kundlowi tym bardziej. Zresztą on sam się straszliwie utuczył, co wskazuje, że węglowodany pochodzenia roślinnego nie są najlepszym pokarmem dla przedstawiciela rodziny canis.

Miałem też kiedyś sąsiada, który po prostu głodził swojego psa. Usłyszałem kiedyś od niego, że jego Reksio to nawet jabłuszka z sadu je. Cóż, odpowiedziałem mu, że jakby on był tak cholernie głodny, to by nawet psią kupę wchłonął. Od tego czasu się obraził i od dwudziestu lat nie mamy żadnego kontaktu. Psa też już od dawna nie ma na świecie. Jestem zdania, że próby weganizowania psów i kotów są wyrafinowaną formą dręczenia tych zwierząt i takim właścicielom owe zwierzęta powinny być odbierane. Z dożywotnim zakazem posiadania jakiegokolwiek czworonoga.

Ja traktuje wszystkich weganów jak mniejszości seksualne. Dlaczego? Dlatego, że ta mniejszość chce narzucić milionom obywateli swoje poglądy. Mogę ich tolerować, bo jestem tolerancyjny. Natomiast oni nie są. Ponieważ chcą, żeby miliony ludzi robiły to, czego nie akceptują. Nie jesz mięsa, to sobie nie jedz. Nikogo to nie interesuje, ale jakim prawem ciężki idio... szaleńcze zmuszasz do tego innych? Jakbyś nie wiedział panie wege i inna mniejszości – jak masz nietolerancję na laktozę, to po prostu nie pijesz mleka, a nie latasz po mieście, z transparentem "Jeb*ć krowy". Każdy ma prawo jeść to, na co ma ochotę, pod warunkiem, że to nie jest tłuściutka sąsiadka spod piątki. Ile zeżarta przeze mnie w postaci steku krowa wyprodukowała metanu, też mi wisi i powiewa. Jak ekolodzy są tacy wspaniali, to niech zlikwidują miliardowe populacje szczurów, które są w każdym mieście, albo latające szczury, czyli miejskie gołębie. W przeciwieństwie do krów są one stosunkowo rzadko jadane, roznoszą zarazki i zatruwają środowisko.

Fot. Aleksandra Kasperska

Opublikował:
Michał Miłosz
Author: Michał Miłosz
O Autorze
Absolwent historii i filologii polskiej na UŁ, podyplomowych studiów ekonomicznych dla dziennikarzy na INE PAN oraz kursu MON dla korespondentów w rejonach działania Polskich Kontyngentów Wojskowych.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.